Hegemonikon

Moje zapiski z podróży po fascynującym świecie ludzkiej myśli i ducha

Jezus-Niechrystus

Recenzja książki „Jezus-Niechrystus” Piotra Augustyniaka

Swego czasu, książka Piotra Augustyniaka wywołała całkiem pokaźnych rozmiarów burzę. Na tyle poważną, że papierowy nakład książki został bardzo szybko wyprzedany. Sytuację uratowało wydanie elektroniczne, które pojawiło się kilka miesięcy po publikacji „Jezusa-Niechrystusa”. Fakt, sam tytuł już może budzić kontrowersje. Cóż – jak u Hitchocka – potem jest jeszcze lepiej.

Na samym początku mej recenzji muszę postawić sprawę jasno. „Jezus-Niechrystus” należy do tych pozycji, których nie da się w pełni przedstawić bez opisania jej twóry. Nie tylko ze względu na autobiograficzny jej charakter, ale również z powodu specyficznego kontekstu, na podstawie którego autor przedstawia swój punkt widzenia. Kim zatem jest Piotr Augustyniak? Na co dzień – całkiem sympatycznym (przynajmniej taki vibe odczuwam patrząc na jego zdjęcie) facetem. Zupełnym przypadkiem będącym pracownikiem Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Rzecz jasna nie zajmuje się tam badaniami nad modelami ekonomicznymi! Jest adiunktem Wydziału Filozofii tejże uczelni, autorem szeregu prac poświęconych nihilizmowi, Nietzschemu czy też mistrzowi Eckhartowi. Kombinacja to nad wyraz smakowita, której smak podkreśla fakt, iż autor „przy okazji” jest byłym dominikaninem. Podkreślam to słowo – „byłym”.

Piotr Augustyniak już we wstępie do swojej książki podaje powody, dla których napisał „Jezusa-Niechrystusa„. To właśnie postać założyciela chrześcijaństwa1 jest głównym inicjatorem tego dzieła. Niezależnie bowiem od Twojego, Droga Czytelniczko czy Czytelniku, stosunku do religii chrześcijańskiej – postać Jezusa nie musi (lub też nawet nie powinna) być postrzegana tylko i wyłącznie przez pryzmat chrześcijański! Autor pisze o tym we wstępie, ba, fragment ten niemalże odruchowo przeczytałem głosem przypominającym kazania Martina Luthera Kinga. Oto odpowiedni fragment:

Chciałbym powiedzieć wam wszystkim: mamy prawo do postaci Jezusa. Jego historia należy do nas. Spróbujmy razem to niezwykłe doświadczenie życia, które jest w nim zakodowane, odebrać uzurpatorom. Tym, którzy twierdzą, że Jezus ich wybrał, i że go reprezentują, a diametralnie rozmijają się z jego wrażliwością, energią i odczuciem świata. Odbierzmy razem Jezusa konfesyjnej doktrynie, religijnemu rytuałowi, kościelnej nowomowie, patriarchalnej, opresyjnej zwierzchności, walczącej o polityczne wpływy. Pomóżmy jego energii i wizji wyzwolić się z tego aresztu. Pomóżmy nie tylko dlatego, że na to zasługuje, ale też dlatego, że my tego potrzebujemy.

Przyznaję, że powyższy cytat bardzo we mnie rezonuje. Może też dlatego, że już jakiś czas temu doszedłem do wniosku, iż powszechne w naszej kulturze „sklejenie” pojęcia Boga, religii (kościoła) oraz duchowości jest poważnym błędem. Błędem zasadniczo uniemożliwiającym konstruktywną debatę nad którymkolwiek z elementów tej triady. Zastrzeżenia, co do hierarchii kościoła w Polsce, nie muszą od razu oznaczać ateizmu. Posiadanie potrzeb duchowych (czy też „metafizycznych”), nie implikuje od razu konieczności opowiedzenia się po stronie którejś z dostępnych religii2. Co więcej – wygląda na to, że sam autor podążył za ciosem i na wiosnę 2025 planuje wydanie kolejnej książki, która wydaje się adresować właśnie to zagadnienie3.

Tyle o autorze. Przynajmniej z mojej strony. Sama książka jak pisałem powyżej, zawiera sporo elementów autobiograficznych, które przybliżą czytelnikom postać Piotra Augustyniaka bliżej. Zwłaszcza w kontekście drogi jaką przebył. Drogi, na której stałym towarzyszem był główny bohater książki – Jezus. Sam Jezus, bez Chrystusa.

Całą myśl przewodnią „Jezusa-Niechrystusa” można opisać bardzo zwięźle. Nauczanie historycznego Jezusa, człowieka, który żył w początkach ery nowożytnej, miało zupełnie inny charakter niż to, co prezentują nam dziś kościoły chrześcijańskie. Próba przedstawienia go zarówno jako Mesjasza (zapowiadanego przez proroków żydowskich), albo też jako kogoś, kto jako syn Boga niedługo przyjdzie znów na ten świat by sądzić i karać – po prostu „nie trzyma się kupy”. Piotr Augustyniak opiera cały tok swego rozumowania na badaniach najstarszej ewangelii Marka, podpierając się dokonaną przez biblioznawców kompilacją zwaną „źródłem Q”4. Dokonuje tym samym reinterpretacji nauczania Jezusa, pokazując konkretne wypowiedzi tegoż, gdzie oryginalne przesłanie zostało zmienione/naciągnięte/źle zinterpretowane. Jako głównego winowajcę wskazuje rzecz jasna faktycznego twórcę religii chrześcijańskiej – św. Pawła. Autor opisuje nauczanie Jezusa z zupełnie innej perspektywy – za przewodników mając całą wielowiekową tradycję mistyczną. Zarówno tę religijną jak i filozoficzną5. Tak w skrócie można opisać główne przesłanie książki.

Na tym też planuję poprzestać w mej recenzji. Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest sama treść książki Augustyniaka. Choć sama pozycja jest dość krótka (raptem niecałe 190 stron), o tyle jej treść charakteryzuje się bardzo dużą „gęstością”. Zasadniczo każda z ważniejszych wypowiedzi Jezusa jest w jakiś sposób opisana lub skomentowana. Próba – choćby nawet bardzo pobieżna – przedstawienia myśli autora, wymagałaby bardzo obfitego cytowania. Nie po to pisze się recenzję. Drugą kwestią jest sama interpretacja autora. Jeśli coś zapamiętałem z czasów, kiedy interesowałem się zagadnieniami biblistycznymi, to właśnie to, że nic nie da się o ewangeliach powiedzieć z absolutną pewnością. W dziedzinie tak szerokiej i głębokiej, jaką są studia nad Biblią, z jej językiem, tłem kulturowym i mnogością interpretacji – zasadniczo można w niej znaleźć cokolwiek się tylko zechce. Nie zarzucam tutaj rzecz jasna Piotrowi Augustyniakowi baśniopisarstwa! Chciałbym tylko podkreślić, że o ile myśl autora wydaje się bardzo spójna i sensowna, o tyle z całą pewnością można by wszystkie jego tezy odrzucić. Ktoś uzbrojony w zaawansowaną wiedzę o językach ewangelii (zarówno z punktu widzenia lingwistyki jak i kulturowo-religijnych), byłby z całą pewnością w stanie szermować z Piotrem Augustyniakiem. Ba! Dla wielu postronnych widzów, mógłby wyglądać na zwycięzcę tej walki.

Co zatem w świetle powyższego nam pozostaje? Spotkanie. Spotkanie z książką, której największym skarbem jest niekonwencjonalne ujęcie tematu. Nie ukrywam, że bardzo do mnie przemawiające. Mistyczne zabarwienie myśli autora bardzo dobrze współbrzmi z moim obecnym światopoglądem. Jezus nie chciał zakładać nowej religii. Chciał tylko pokazać, że jesteśmy jednym. Niezależnie od tego skąd pochodzimy, jakie mamy cele czy wartości. O tym jest ta książka. I poleciłbym każdemu jej lekturę, zwłaszcza jeśli poprzedzona zostałaby ona „zawieszeniem” jakichkolwiek emocji jakie budzi w nas tytuł tej książki.

Image by cristina_gottardi on Freepik

Cytat #28 – Czym jest życie duchowe

Piotr Augustyniak jest profesorem filozofii, byłym dominikaninem oraz autorem szeregu ciekawych książek. Jedną z nich jest „Jezus-Niechrystus”, którą właśnie skończyłem czytać. Recenzja na pewno wkrótce, gdyż pozycja ta wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Tymczasem na zachętę – cytat o tym, czym tak naprawdę jest duchowość.

Życie duchowe nie oznacza wcale tego samego co życie religijne. I wcale nie musi polegać na wyznawaniu takiej lub innej wiary. Określenie „duchowe” odnosi się do ducha, czyli wewnętrznej przestrzeni – a wewnętrzna przestrzeń to przede wszystkim dystans, jaki gwarantuje myślenie i twórcza wyobraźnia; to wolność niepodlegania instynktom, namiętnościom, odruchowym reakcjom czy uprzedzeniom. Duchowość to (mówiąc językiem potocznym) zdolność nienakręcania się. Krytyczne spojrzenie nie tylko na świat, ale i na siebie. Umiejętność i potrzeba stawiania sobie pytań i wyzwań tyleż istotnych, co bezproduktywnych. Samodzielne podążanie za tym, co zwie się (może nazbyt górnolotnie) tajemnicą życia.

Jak czytać teksty filozoficzne?

Pytanie w tytule nie jest wbrew pozorom retoryczne! Zastanówmy się przez chwilę – czy kiedykolwiek, ktokolwiek uczył nas, jak należy czytać tekst filozoficzny? Albo jak się uczyć? Ano właśnie. Tak myślałem.

Profesorowie filozofii go nienawidzą!

Jako osoba, która trochę tekstów w życiu przeczytała – a jeszcze więcej planuje przeczytać – myślę, że mam kilka spostrzeżeń, które mogą okazać się przydatnymi dla innych miłośników filozofii. Jak dla mnie nie są one w swej istocie odkrywcze, ale dobrze czasem zebrać „oczywiste oczywistości” w łatwą do strawienia pigułkę. Co więcej – przedstawiona poniżej metoda ma zastosowanie do uczenia się w ogóle – niekoniecznie jest aplikowalna tylko do filozofii. Od razu zastrzegam też, że porady poniżej przedstawione dotyczą poważnego podejścia do studiowania tekstów oraz nauki. Miłośnicy podejścia 4xZ (aczkolwiek wątpię by trafili i czytali ten blog) nie znajdą tutaj niczego dla siebie.

Jestem kwiatem lotosu…

Od tego należy zacząć. Od zostania kwiatem lotosu na tafli górskiego jeziora. Innymi słowy – na znalezieniu odpowiedniego czasu, miejsca oraz nastroju do zgłębiania tekstu. Nie chcę bawić się tutaj w tanią moralistykę, ale czasy mamy jakie mamy. Deficyt uwagi jest chorobą przybierającą charakter pandemii, czy jesteśmy tego świadomi czy nie. Lektura trudnych tekstów w ogólności, jest umiejętnością, która z każdym rokiem staje się coraz rzadsza. Głównie dlatego, iż nie mamy okazji by jej ćwiczyć. Dominującym sposobem przekazywania wiedzy są dziś materiały audiowizualne, skróty, fiszki czy podsumowania generowane za pomocą AI. Czytanie długich tekstów, gdzie wywód i rozumowanie jest rozłożone na wiele stron, staje się przedsięwzięciem trudnym i wymagającym.

Rzecz jasna nie wszystko stracone! Wszak ćwiczenie czyni mistrza. Aczkolwiek zanim rozpoczniemy lekturę należy z oczywistych przyczyn zadbać o to, aby wyeliminować wszelakie możliwe dystraktory. Czyli znajdźmy sobie ustronne miejsce, gdzie nie będziemy co chwilę rozpraszani przez domowników/osoby postronne czy też różne dziwne dźwięki. Nie polecam słuchania muzyki (choćby w słuchawkach) – według badań naukowych dotyczących procesu nauki i koncentracji, w najlepszym przypadku muzyka nie przeszkadza w tychże procesach. Ogólne wyniki metaanaliz jednakowoż pokazują, że pozytywnego wpływu na przyswajanie wiedzy muzyka raczej nie ma. Niezależnie od jej typu (klasyczna, „muzyka do nauki” czy heavy metal) oraz głośności. Cisza jest najlepszym towarzyszem przy lekturze. Dla tych, których otoczenie bywa dość głośne (ruchliwa ulica czy sąsiedzi imprezowicze) – polecam zwykłe słuchawki wytłumiające. Takie jakie noszą np. robotnicy na placu budowy. Kosztują niewiele, a robią świetną robotę (mam i sam stosuję).

Cisza i koncentracja to dopiero pierwszy krok – albowiem musimy pozbyć się największego zła dzisiejszych czasów – smartfona. Badania dowiodły, że już sama fizyczna obecność telefonu w zasięgu wzroku powoduje w nas kompulsywną chęć sięgnięcia po niego. Nawet jeśli wyciszymy wszystkie powiadomienia, czy też przełączymy urządzenie w tryb samolotowy. Nasz mózg dalej będzie nam wysyłał sygnały by sięgnąć po to przeklęte urządzenie, choćby na malutką chwilkę. Jak się to kończy – chyba każdy dobrze wie. Telefon zatem – poza zasięgiem wzroku.

Trochę większy problem jest z ekranami (niezależnie czy z laptopa czy stacjonarnym). Nie ukrywajmy – sporo tekstów dziś jest dystrybuowanych w formie elektronicznej. Z mojego doświadczenia wynika jedno – nic nie zastępuje tekstu w formie drukowanej. Tak, tak, ja wiem, oldschool i tyle. Niestety, rozliczne badania udowadniają, że teksty czytane z ekranu nie mają takiej przyswajalności jak te tradycyjne. Rozumiem jednakże, że czasem po prostu się nie da – a drukowanie 500 stron to niekoniecznie tania rzecz (albo w ogóle możliwa – np. w przypadku książek z DRM). Pewnym rozwiązaniem jest tutaj posiadanie czytnika ebooków. Ekran typu e-ink jest trochę bardziej przyjazny dla oczu, a jego format (czytnika, nie ekranu) bardziej przypomina klasyczną książkę.

Na sam koniec zostawiłem aspekt nastawienia. Rozumiem przez to nasze samopoczucie w danym momencie. Jeżeli chcemy zabrać się za lekturę wymagającego tekstu, przystępowanie do tego z bólem głowy, burczeniem w brzuchu czy głową zajętą znajdowaniem błyskotliwej riposty na kłótnię z wczoraj nie ma specjalnie sensu. Tak samo jeśli na lekturę mamy może z 10 minut wolnego czasu. Potraktujmy rzecz poważnie, a nie jako zapchajdziurę w napiętym harmonogramie dnia. Moim zdaniem najzdrowszym sposobem podchodzenia do lektury jest potraktowanie jej jako ćwiczenia duchowego. Jako aktywność wymagającą określonego poziomu energii i czasu. Nie wpadasz przecież na siłownię w przelocie by zrobić dwie serie wyciskania na ławie i iść dalej. Dokładnie tak samo należy podchodzić do zgłębiania filozofii.

Colors, colors everywhere!

Pozostając przy kwestii technikaliów chciałbym jasno wyartykułować co następuje. Po książkach (rzecz jasna nie z biblioteki!!!) się pisze! Kreśli! Zakreśla, podkreśla, przekreśla i wyczynia wszystkie możliwe cuda wianki! I nikt nie przekona mnie, że powinno być inaczej. Teksty filozoficzne powinny dawać asumpt do rozpoczęcia dialogu. Zarówno z jego autorem, jak i własnymi przemyśleniami. Dlatego też moim zdaniem, z tekstem należy „pracować”. Praca tak rozumiana ma dwa aspekty. Pierwszym z nich jest wyciągnięcie z tekstu jak najwięcej treści i wiedzy. By to osiągnąć, należy uczynić go jak najbardziej czytelnym i zrozumiałym. Pozostawienie tekstu w formie ściany czarnych znaczków niespecjalnie nam w tym pomaga. Więc podkreślajmy, adnotujmy za pomocą symboli (gwiazdek, wykrzykników, pytajników – cokolwiek działa), zaznaczajmy cytaty i róbmy notatki. Nie bójmy się tego! Niestety, w przypadku tekstów w formie elektronicznej da się co prawda zaznaczać fragmenty tekstu, jednakże z ich adnotowaniem czy notatkami bywa różnie. Zależy to od samego czytnika – czy mówimy o czytniku fizycznym, czy o programie do lektury na komputerze. Możliwości jest kilka, najważniejsze to jednak by poznać możliwości narzędzia, którego używamy i wykorzystać je w pełni.

Dlaczego? Tutaj przechodzimy do drugiego aspektu „pracy” z tekstem. Otóż uczynienie go łatwiejszym w lekturze to jedno. Drugim (często najważniejszym), jest ułatwienie sobie ekstrakcji wiedzy z przeczytanej książki. Sama bowiem lektura (ze zrozumieniem) to dopiero pierwszy krok. Drugim jest opracowanie wiedzy w formie notatek, map myśli czy fiszek. „Przepracowany” tekst niejako automatycznie ułatwia nam stworzenie syntezy poglądów i argumentów autora. Do sposobów tworzenia notatek powrócę w dalszej części tekstu. Teraz jednakże chcę na chwilę powrócić do pierwszego aspektu – uczynienia tekstu łatwiejszym w lekturze. Dlaczego jest to tak istotne? Ano bo teksty filozoficzne powinno się czytać nie raz, a przynajmniej dwa razy. Z emfazą na słowo „przynajmniej”.

Clap your hands once, clap your hands (at least) twice!

Niezależnie jak trudnym zadaniem się to wydaje – wszyscy badacze zajmujący się metodologią nauczania są zgodni w jednym – powtarzanie jest kluczem do skutecznego zapamiętywania wiedzy! Koniec i kropka. Wyjaśnienie tego mechanizmu wymaga nakreślenia trochę szerszego kontekstu. Jeśli chodzi o pamięć ludzką, mamy dwa niezależne systemy. Pierwszym z nich jest pamięć krótkotrwała. To ta część naszej pamięci, którą wykorzystujemy do przechowywania docierających do nas „na świeżo” informacji. Usłyszałaś numer telefonu do zapamiętania? Te zbitki cyfr, które obracasz w głowie dopóki ich nie zapiszesz na trwałym nośniku przechowujemy właśnie w pamięci krótkotrwałej. Pamięć ta ma dwie cechy. Pierwszą z nich zdradza sama nazwa – krótkotrwałość. Drugą jest pojemność – badacze nie są tutaj jednomyślni, ale wychodzi im, że jednocześnie w tejże pamięci możemy przechowywać od 4 do 7 „idei” czy też „obiektów”. Dlatego gdy mamy zapamiętać numer telefonu, nie trzymamy go w pamięci w postaci 7-9-2-0-8-9-8-2-2 tylko raczej 792-089-822. Tak jest nam po prostu łatwiej.

By cokolwiek zostało z nami na dłużej – musi zostać przeniesione do pamięci długotrwałej. W skrócie – zapisane u nas w mózgu. I tutaj dochodzimy do sedna. Jedną z najbardziej skutecznych technik dotyczących zapamiętywania jest wydłużenie czasu przechowywania informacji w pamięci krótkotrwałej! Powtórzę raz jeszcze – jeśli chcemy zapamiętać daną informację skuteczniej, powinniśmy przez jakiś czas „poobracać ją” w pamięci krótkotrwałej. I temu właśnie sprzyja w niesamowity sposób ponowna lektura tekstu. Wydaje się, że taka forma nauki jest dłuższa niż jednorazowe czytanie. W aspekcie czasowym – jak najbardziej! Jednakże dzięki takiemu podejściu efektywność zapamiętywania jest o niebo większa! Tak jak pisałem we wstępie do tego wpisu – szukający tricków na 4xZ nie wyciągną z tego wpisu niczego.

Drugim bonusem ponownej lektury jest pogłębione zrozumienie tekstu. Oczywistym jest, że podczas pierwszego czytania musimy w ogóle zrozumieć co autor chce nam przekazać. Gros naszej energii i uwagi poświęcamy na nakreślenie ogólnej koncepcji. Dopiero gdy wiemy „co autor chciał przekazać”, podczas ponownej lektury, możemy zacząć zwracać uwagę na szczegóły, detale i ozdobniki. Dzięki temu wyciągniemy z tekstu więcej.

Czytamy nie by wiedzieć, ale by zrozumieć

Tutaj dochodzimy do clou programu. Po co czytamy teksty filozoficzne? Ano po to, aby zrozumieć co autor sądził o konkretnym zagadnieniu. Zrozumienie nie oznacza wykucia na pamięć dokładnie tego, w jaki sposób filozof doszedł to takiego, a nie innego wniosku i zreferowanie go przed publicznością. Niestety, tak właśnie wygląda często i gęsto nauczanie filozofii (dlatego też rzuciłem studia). Wspomniałem powyżej, że najlepszym sposobem na zwiększenie efektywności nauki czy zapamiętywania, jest wydłużenie czasu, w którym przechowujemy wiedzę w pamięci krótkotrwałej. To pierwszy sposób. Drugim sposobem (który powinniśmy stosować wraz z pierwszym, nie mają one charakteru alternatywy) jest synteza.

Przez syntezę rozumiemy tutaj podsumowanie fragmentu tekstu w skondensowanej formie. Najlepszym sposobem by to uczynić, jest właśnie zrozumienie oraz werbalizacja/eksternalizacja. Nie wystarczy poukładać sobie rzeczy „w głowie”. Należy nadać naszej myśli konkretną formę – notatek/listy punktowanej/fiszek/mapy myśli. Bardzo popularną metodą pracy warsztatowej czy terapeutycznej jest prowadzenie dziennika, pisanie listów, albo swobodne pisanie. Skuteczność tych technik jest oparta na fakcie, że kiedy jesteśmy zmuszeni „ubrać” nasze myśli w konkretne słowa – nabieramy do nich swoistego dystansu. Stajemy niejako „z boku” naszego procesu myślenia, dzięki temu zdobywając się na większą obiektywność i racjonalność. Bardzo popularne powiedzenie mówi, że jeśli chcemy się przekonać, że coś umiemy – musimy próbować nauczyć kogoś innego. To właśnie eksternalizacja/werbalizacja w działaniu. Czyni cuda, uwierzcie. Po to między innymi piszę tego bloga 😉

Warto tutaj zaznaczyć, że synteza nie powinna dotyczyć zbyt małego wycinka tekstu. Oczywiście, zdarzają się fragmenty, które są krótkie, ale tak gęste treściowo, że inaczej się nie da. Aczkolwiek bardziej efektywne jest dokonywanie syntezy dla trochę większych ustępów tekstu. Ogranicznikiem powinna być ilość pojęć, które możemy utrzymać w pamięci krótkotrwałej (od 4 do 7).

A co jak naprawdę nie rozumiem?

Zdarza się. Pomocną techniką, którą podzielił się online jeden z profesorów filozofii jest próba zrzucenia abstraktu do konkretu. Technika ta nie zawsze jest możliwa do zastosowania, aczkolwiek w wielu przypadkach da się ją wykorzystać. Działa ona bardzo prosto. Weźmy pod uwagę bardzo prosty przykład – 1 prawo Newtona.

W inercjalnym układzie odniesienia, jeśli na ciało nie działa żadna siła lub siły działające równoważą się, to ciało pozostaje w spoczynku lub porusza się ruchem jednostajnym prostoliniowym.

Brzmi to abstrakcyjnie, co zresztą zrozumiałe, w końcu to ogólne prawo obowiązujące powszechnie. By ułatwić sobie zrozumienie dobrze jest ten abstrakt „ubrać” w konkret. Z małą pomocą ChatGPT, możemy przerobić powyższe na następujące twierdzenie.

Wyobraź sobie, że pchasz wózek sklepowy [ciało] na gładkiej, równej podłodze i przestajesz go pchać [siła przestaje działać na ciało]. Jeśli podłoga jest idealnie gładka i nic nie działa na wózek (np. tarcie, przeszkody czy wiatr) [inercjalny układ odniesienia], wózek będzie dalej jechał prosto i z tą samą prędkością, z jaką jechał, gdy go puściłeś [porusza się ruchem jednostajnym prostoliniowym].

Nie sprawdza się to zawsze, ale ta metoda (lub jej wariacje) mogą dość często pomóc wgryźć się w bardziej zawiłe fragmenty tekstu.

A jak już zrozumiem to co?

Kiedy uznamy, że dany fragment tekstu (podrozdział/rozdział – czasem nawet paragraf czy akapit) w miarę rozumiemy i stworzyliśmy sobie syntezę w formie zewnętrznej, wówczas możemy przejść do trzeciej metody, która ułatwi nam zapamiętanie konkretnej treści. Jest nią sprawdzenie siebie. Co mam przez to na myśli? Zazwyczaj proces nauki przebiega u nas następująco. Zdobywamy wiedzę (np. podczas wykładu czy lektury), tworzymy stertę (lub nie) notatek. Po czym wracamy do nich po jakimś czasie (najczęściej dość długim i dzień przed egzaminem) i próbujemy „nauczyć się” tego, czego teoretycznie nauczyliśmy się wcześniej. Następnie mamy test/sprawdzian naszej wiedzy i tyle. Ewentualna powtórka całego procesu następuje wówczas, gdy poziom naszej wiedzy okazał się niewystarczający. Takie podejście działa na każdym szczeblu edukacji szkolnej, a także w różnych formach kształcenia ustawicznego.

Jest to jeden z największych grzechów współczesnych społeczeństw w kontekście edukacji! Dlaczego? Zastanówmy się przez chwilę nad tym, w jaki sposób zdobywamy zazwyczaj jakąś umiejętność motoryczną. Weźmy jako przykład jazdę rowerem czy samochodem. Na początku jest to dla nas potwornie trudne. Potrzebujemy instrukcji niemalże krok po kroku, co i jak mamy wykonać. W przypadku jazdy autem nasza lista czynności mogłaby wyglądać tak: wejdź do auta, zapnij pas, popraw lusterka, dopasuj fotel, włóż kluczyk do stacyjki, wciśnij sprzęgło, itp. Na początku mamy taką listę i przechodzimy po niej powoli krok po kroku. Jednakże gdy jesteśmy już doświadczonym kierowcą, na pytanie: „Czy wpierw wkładasz kluczyk do stacyjki czy zapinasz pasy?” nie potrafilibyśmy odpowiedzieć od razu. Musielibyśmy się zastanowić, a często nawet po chwili namysłu nie potrafilibyśmy udzielić prawidłowej odpowiedzi. Ta konkretna sekwencja czynności stała się dla nas automatyczna i nieświadoma. Po prostu odpalamy auto.

W jaki sposób do tego doszło? W bardzo prosty – ćwiczenie, ćwiczenie, ćwiczenie6 Ciągłe powtarzanie i testowanie siebie samego doprowadziło do wyrycia u nas w mózgu ścieżki, która „odpala się” za każdym razem gdy siadamy za kółkiem. Powtarzanie i testowanie siebie (poprzez otrzymywanie informacji zwrotnej ze środowiska) jest jedną z najlepszych metod nauki! Dlatego też od samego początku powinniśmy włączyć różnego formy sprawdzianów czy testów do naszej nauki/lektury. Powtórzę – jako metodę nauki, a nie tylko sprawdzenia nabytej wiedzy po zakończeniu lektury czy przy okazji egzaminu. Dlatego też dobrej jakości podręcznik (niezależnie od dziedziny), powinien zawierać krótkie treściowo „pigułki”, które są regularnie podsumowywane, a także doprawione szeregiem pytań sprawdzających. Książki programistyczne (wiem z własnego doświadczenia) bardzo często są właśnie w taki sposób zbudowane. Niewielkie porcje wiedzy, przeplatane bardzo dużą ilością pytań kontrolnych i zadań do wykonania. Dlaczego tak jest? Bo to po prostu działa!

Nic nie stoi zatem na przeszkodzie, aby to sprawdzone podejście zastosować również do lektury filozofii. Po każdym większym fragmencie zatrzymaj się na moment i udziel odpowiedzi na kilka pytań? Co autor chciał mi tu przekazać? Jak to kontrastuje z jego wcześniejszymi argumentami? Jak idea filozofa wygląda na tle myślicieli jemu współczesnych? A jak wcześniejszych? I tak dalej, wciąż i wciąż. W ten sposób powtarzamy treść, dłużej przechowujemy ją w pamięci krótkotrwałej, a także zwiększamy nasze zrozumienie. By zakończyć ten wątek, chciałbym użyć cytatu z filmiku na YouTube, którym posiłkowałem się przy tworzeniu tego tekstu – „You read for the first time to understand, the second time to engage with. No właśnie – engage away 😉

A z tymi notatkami to jak?

Ostatnim tematem który chciałbym poruszyć są notatki. Zacznijmy może od tego, że najgorszą rzeczą jaką można zrobić, jest po prostu przepisywanie tekstu/wykładu w stosunku 1:1. Raz – nie ma to sensu. Dwa – jest potwornie czasochłonne. Trzy – bardzo ogranicza czas, jaki dana wiedza spędza u nas w pamięci krótkotrwałej, a to jak pamiętamy jest nieefektywne w kontekście zapamiętywania. Jak zatem tworzyć notatki by miało to sens?

Istnieje kilka ciekawych sposobów, które można wykorzystać. Pierwszym z nich jest tworzenie map myśli. Temat jest dość skomplikowany, gdyż tworzenie dobrej jakości map nie jest rzeczą łatwą i wymaga praktyki. Najlepszym sposobem by nie wydłużać tego tekstu jest link do profilu Justina Sunga. Jest to „guru uczenia się”, którego darmowe materiały w serwisie YouTube naprawdę robią robotę i polecam je z czystym sumieniem. Nie tylko w kontekście map myśli, ale nauki ogólnie7.

Drugą rzeczą są fiszki, ale w formule bardzo prostych pytań i odpowiedzi. Nie każda wiedza czy koncept da się w ten sposób opracować. W przypadku filozofii może być to dość trudne, ale można to potraktować jako ciekawe wyzwanie i formę testu. Stworzenie talii fiszek z pytaniami i odpowiedziami potrafi naprawdę nieźle sprawdzić nasze zrozumienie zagadnienia.

Trzecią metodą jest tworzenie podsumowań – o tym już pisałem powyżej opisując syntezę. Jednakże tutaj chodzi o różne formy tychże notatek. Pomysł zaczerpnąłem z książki Daniela Pinka pod tytułem „Drive”. Rzecz prezentuje się bardzo prosto. Bierzemy konkretny koncept/akapit/podrozdział/rozdział i staramy się streścić go w formule oryginalnego wpisu na Twitterze. Dla tych co nie pamiętają – oryginalnie wpisy w tym serwisie miały maksymalnie 160 znaków. I taki też limit sobie ustawmy. Możemy bazując na tym stworzyć podsumowanie/notatkę, która jest trochę bardziej rozbudowana. O ile pamiętam to Daniel Pink określił ją jako „cocktail party summary” – czyli coś, co mogłoby być wypowiedzią prezentującą dany koncept na przyjęciu. Czyli ciutkę dłuższa forma, ale bez skomplikowanego słownictwa czy rozumowania. Formy takich notatek można mnożyć, aczkolwiek cały czas mając w pamięci to, aby nie przesadzać. Notatki mają służyć nam jako „przypominajki” naszego zrozumienia zagadnienia. Zawierać kilka słów kluczowych czy przejść i tyle. No i nic nie stoi na przeszkodzie by były tworzone za pomocą różnych kolorów, znaczków, rysunków czy w jakikolwiek inny sposób. Whatever works.

Czwartym sposobem może być ten, którego jesteś właśnie odbiorcą 😉 Czyli stworzenie dłuższego tekstu, opisującego całość zagadnienia. Można nadać mu formę bloga, wpisu w socialach, dziennika, czy artykułu naukowego. Nie trzeba go od razu publikować – chodzi o zachowanie formy. Jest to najwyższa forma eksternalizacjiwerbalizacji – zarazem też najtrudniejsza i najbardziej czasochłonna. Jednakże z całą pewnością niesamowicie skuteczna jeśli chodzi o poukładanie sobie wiedzy w głowie.

A jeśli ja nie chcę?

To nic się nie stanie 😉 Zasadniczo moja interpretacja dotycząca czytania tekstów filozoficznych jest tylko moja. Niektórzy filozofowie nadają się też jako „luźna” lektura (jakkolwiek dziwnie to nie brzmi dla tych, co na filozofii się nie znają). Dialogi Platona, zalecenia Epikteta czy Aureliusza, wątpliwości Augustyna czy Boecjusza, pisma polityczne czy „życiowe mądrości” Schopenhauera, Nietzschego czy Bergsona wcale nie muszą być zawsze przedmiotem szczegółowej analizy. Można je potraktować jako źródło inspiracji, doznanie estetyczno-artystyczne czy materiał do medytacji. Możliwości jest sporo i na pewno byłbym ostatnią osobą, która chciałby odebrać Ci – Drogi Czytelniku – Twój własny sposób radowania się pismami wielkich myślicieli.

To wszystko?

Uff, chyba tak. Zebrało się tego sporo, ale chciałem zebrać w jednym miejscu całą wiedzę jaką posiadam dotyczącą uczenia się i czytania tekstów ze zrozumieniem. Myślę że się udało. Pozostaje mi chyba tylko w tym miejscu napisać krótkie – „Tolle! Lege!”8

 

Linki #17 – Filozofia jako sztuka życia

Linki #16 – O symboliźmie w mistyce

Stoickie techniki duchowe

Początek mojego zainteresowania stoicyzmem, datuje się na okolice jesieni 2019 roku. Kawał czasu jakby nie patrzeć. Od tamtego momentu „przerobiłem” masę innych źródeł, które dotykają podobnych co stoicyzm tematów, aczkolwiek to dalej filozofia Zenona żyje w mym umyśle „rent free”. Poniżej postanowiłem (głównie jako forma notatnika dla siebie) zebrać wszystkie „techniki siebie”, które są przypisywane (lub kojarzone) ze stoikami.

Nie planuję stworzenia w tym miejscu jakiejś gigantycznej encyklopedii ćwiczeń stoickich. Poniższa lista ma służyć głównie jako szybka ściąga. Każdej technice jednakże, starałem się przypisać dodatkowe źródła, gdzie można więcej o nich poczytać/posłuchać. Co więcej – skupiłem się na rzeczach, które są autentycznymi „ćwiczeniami” do przeprowadzenia. W sensie – nie są poradami dotyczącymi zachowania w konkretnej sytuacji, a raczej formą treningu przed nimi. Dlatego też poniższa lista może wydawać się niepełna.

By zaadresować ten problem, umieszczam tutaj listę wszystkich bardziej ogólnych źródeł, z których czerpałem tworząc listę poniżej. W ten sposób, można sobie jeszcze zgłębić temat.

 


Codzienny przegląd siebie

Oryginalnie technika ta jest przypisywana Pitagorasowi, który zalecał by zanim człowiek uda się na spoczynek, przeanalizował swoje czyny i myśli z danego dnia. Ma to być narzędzie introspekcji, oraz monitorowania postępów we wdrażaniu konkretnych zasad moralnych. Pojęcie „przegląd siebie” jest autorstwa Tomasza Mazura (link poniżej). Termin ten o wiele bardziej do mnie przemawia niż propagowany w innych miejscach „rachunek sumienia”.

Linki:

Miej stoicyzm pod ręką

Rzecz dotyczy stosowania techniki, która służy regularnemu powtarzaniu podstawowych praw i reguł stoickich. Można do tego używać własnoręcznie stworzonych tekstów, można posiłkować się krótkimi cytatami z dzieł stoickich, albo stosować ich pełne fragmenty – np. cały „Encheinidrion” Epikteta jest tego typu tekstem. Ciekawym sposobem może być też używanie gotowych „kalendarzy stoickich”, które zawierają wpis na każdy dzień roku – autorstwa choćby Ryana Hollidaya czy Alexander Clavell

Czy to prawda?

Tym, co stoicyzm dał współczesnemu mindfullnessowi czy CBT jest wytworzenie „pauzy” pomiędzy zaistnieniem jakiegoś wydarzenia, a naszą jego oceną. Zatrzymaj się, przypatrz się temu, dopiero potem wydaj wyrok.

Linki:

Premeditatio mallorum

Jedno z najbardziej znanych ćwiczeń stoickich. Oznacza wizualizację potencjalnie „złej” rzeczy, a następnie przyjrzenie się jej na spokojnie i opracowanie potencjalnych zachowań na wypadek zaistnienia tegoż przypadku. Zachowanie to nie tylko konkretna aktywność – rzecz też w przećwiczeniu swoich odczuć i sposobu reakcji na nie.

Linki:

 

Komfort to twój wróg

Tytuł dałem przewrotny i jakby nie patrzeć – niezgodny z założeniami filozofii stoickiej (Piotr Stankiewicz bardzo lubi to podkreslać!). Nie da się jednakże ukryć, że zwolennicy filozofii portyku dość często odwoływali się do dzielnego znoszenia przeciwności oraz zaprawiania się ku temu. Tym samym ćwiczenia różnego typu (zarówno umysłu jak i fizyczne), znoszenie dobrowolnego dyskomfortu czy ograniczanie niepotrzebnych rzeczy w naszym życiu dość często przewijają się przez karty pism stoików. Tak naprawdę ta technika to zbiór kilku innych – linki poniżej nakreślą szerszy obraz.

Linki:

 

Melete thanatou lub też memento mori

Uznawana za jedną z najtrudniejszych bo potencjalnie mocno depresyjnych technik stoickich. Medytacja nad śmiercią.

Linki:

 

Perspektywa kosmiczna

Kojarzysz te plakaty z widokiem naszej galaktyki i ze strzałką „You are here!”? Jeśli tak – to wiesz o co chodzi w tym ćwiczeniu.

Linki:

 

 

 

 

 

Cytat #27 – O wypoczynku i zniesieniu pracy

Bob Black jest amerykańskim filozofem politycznym, który znany jest choćby z bardzo pobudzającego do myślenia konceptu „abolition of work”, wyłożonego zresztą w książce o tym samym tytule. Dziś fragment z tej pracy dotyczący odpoczynku.

Alternatywą dla pracy nie jest jedynie bezczynność. Ludyczność to nie to samo, co bycie wiecznie ululanym. Cenię sobie stan odrętwienia, ale jest on najbardziej satysfakcjonujący, gdy przeplata się z innymi przyjemnościami i zajęciami. Nie promuję też zarządzanego, poddanego rygorowi czasu zaworu bezpieczeństwa zwanego „wypoczynkiem”; daleko mi do tego. Wypoczynek to nie-praca na rzecz pracy. Wypoczynek to czas poświęcony na regenerację po pracy i na szaleńczej lecz daremnej próbie zapomnienia o pracy. Wielu ludzi wraca z wakacji tak wykończonymi, że nie mogą się doczekać powrotu do pracy by móc odpocząć. Zasadnicza różnica między pracą i wypoczynkiem jest taka, że w pracy przynajmniej płacą za alienację i wycieńczenie.

Cytat #26 – Invictus

Zasadniczo cytatów tutaj było już dostatek. Dziś zatem coś innego. Wiersz „Invictus” autorstwa Williama Henleya – jest to kompilacja kilku tłumaczeń, które znalazłem w sieci. Do mnie przemawia.


Z nocy, co wokół mnie zapada,
której nigdy dzień nie skruszy,
Bogu czy bogom – dzięki składam,
za hardą dumę mojej Duszy.

W tego, co cierpię tu, okowach
me usta skargą niesplamione.
Spadają razy na me czoło,
krwią zroszone, acz wciąż uniesione.

Poza padołem tym goryczy,
Tylko się Strach przed cieniem czai,
Grozie lat, chociaż z nią się liczę,
wstępu w Serca głąb nie daję.

I choć kroczę wśród Chaosu,
w tych Cierpieniach mrocznej głuszy,
Jam Kowalem mego Losu!
Kapitanem swojej Duszy!

Cytat #25 – Erich Fromm o chciwości

Podczas lektury „Mieć czy być” Ericha Fromma, natrafiłem na cytat, który jest bardzo piękny, a zarazem zrozumiały bez konieczności przedstawiania myśli autora.

W przeciwieństwie do potrzeb czysto fizjologicznych, jak głód, który ma określony punkt nasycenia ustalany przez fizjologię ciała, c h c i w o ś ć  m e n t a l n a  – a wszelka chciwość jest mentalna, nawet gdy doznaje satysfakcji przez ciało – nie ma punktu nasycenia, gdyż konsumpcja nie wypełnia wewnętrznej pustki, znudzenia, samotności i depresji, które w założeniu ma znieść.

Erich Fromm – „Mieć czy być”

W ramach serii „Czytanie klasyków”, nie zamierzam się ograniczać wyłącznie do lektury tekstów stricte filozoficznych. Bogactwo ludzkiej myśli i piękna humanizmu to nie tylko grube metafizyczne rozkminy. Mieliśmy już w ramach serii krótki wpis dotyczący „Twierdzy wewnętrznej” św. Teresy. Nie był to jednakże pełnoprawny wpis, raczej krótki skrypt. Dziś jednakże, na warsztat wrzucam dzieło jednego z ojców psychologii – Ericha Fromma – pod tytułem „Mieć czy być”.


Książka jako taka nie jest zbyt długa (raptem 250 stron)9, nie spodziewam się również po niej specjalnego poziomu skomplikowania. Sam autor pisze we wstępie, iż jest to nadbudowa nad jego poprzednimi publikacjami, choć przemyślana i ułożona na nowo. Nie ma być to jednak rozprawa o onieśmielającym poziomie trudności – wręcz przeciwnie – Fromm umieszcza informację, iż przypisy i odnośniki ograniczył do koniecznego minimum. W związku z tym powstanie tylko jeden post dotyczący tej książki. Zasadniczo można ją z czystym sumieniem przypisać do kategorii pop-psychologii, aczkolwiek dalej przedstawiona w tym dziele myśl oferuje ciekawą perspektywę na życie.


Książka została wydana w roku 1976, aczkolwiek już wtedy Zeitgeist wskazywał na to, że nie do końca udał się oświeceniowo-pozytywistyczny projekt naprawy ludzkości. Fromm dość pokrótce omawia ówczesną sytuację, powołując się na raporty Klubu Rzymskiego. W skrócie – plan, że to nauka odpowie na wszystkie nasze problemy, głównie w zakresie zaspokajania ludzkich potrzeb i schlebianiu tendencjom hedonistycznym – po prostu nie wyszedł. Co więcej, już wówczas stawało się oczywistym, że dalszy pochód w stronę „więcej, dalej, szybciej”, nie służy nikomu i niczemu (no, może poza szeroko pojętym „systemem”). W ten sposób nakreśliwszy sytuację, autor wskazuje, że da się ów stan opisać za pomocą dwóch modusów bycia oraz posiadania. W nadchodzących rozdziałach zamierza przedstawić obraz sytuacji w kontekście tychże dwóch modusów, a na końcu zaproponować pewne rozwiązania naprawcze na poziomie całej ludzkości. Według niego bowiem – potrzebujemy całościowej przemiany jako społeczeństwo, ba, gatunek w sumie, aby przetrwać na tej planecie (co w kontekście obecnej katastrofy klimatycznej powinniśmy uznać za słowa prorocze).

Po wstępie, część pierwsza skupia się na opisie sytuacji – jak jest (było) w kontekście bycia oraz posiadania. Wyróżnikiem czasów współczesnych (ale też w dłuższej perspektywie – cywilizacji zachodniej), jest modus posiadania – jeżeli coś posiadam, to wtedy dopiero jestem. Dopóki nie ma fury, skóry i komóry to jest się nikim, a jak jest się nikim to nie ma rzecz jasna szacunku na dzielni, a i ludzie się nami nie interesują (co w tym złego, zapytuję). Zmiana ta zaczęła się od języka – i tutaj Fromm podaje kilka przykładów z czasów dawnych i mu współczesnych – gdzie na poziomie codziennych wypowiedzi o wiele częściej wyrażamy nasz własny stan mówiąc, że coś mamy/posiadamy, niż, że coś odczuwamy. Dla przykładu – „mam cudowną żonę”, a nie „jestem szczęśliwie żonaty”. Zasadniczo wypada przyznać mu rację. Co więcej, taka refleksja mnie naszła – że poprzez reifikację pewnych rzeczy, jak bardzo widać tutaj to jasne wyróżnienie mojego własnego „ja”. Autor podaje choćby przykład z depresją – poprzez stwierdzenia „mam depresję”, wyrażamy bardzo dosadnie oddzielenie od tejże depresji, wskazujemy na jej obcość i chęć podkreślenia, że „to przecież nie ja”. A tymczasem no jakże mocno jest inaczej.

Jeżeli chodzi o samo bycie, to rzecz jasna wnosimy tutaj cały bagaż historii metafizyki i ontologii. W skrócie Fromm ogranicza się do prostego dualizmu – bytu jako czegoś statycznego i niezmiennego (hello Platon my old friend…), albo jako ciągłego procesu (czyli Heraklit czy choćby Budda). Co do posiadania zaś, autor podaje ciekawe ujęcie konkretnych czynności życia codziennego (nauki, pamiętania czy „posiadania” przekonań) – te ostatnie są zwłaszcza ciekawe. Skoro posiadam jakieś przekonanie, i w konfrontacji z kimś musiałbym je zmienić, to na pierwszy plan wychodzi fakt, że coś utraciłem. A ludzie jako tacy bardzo nie lubią tracić czegokolwiek. Z kolei w modusie istnienia – po prostu staję się kimś innym. Proste. Z czytaniem książek może być podobnie (oh, jak ja coś o tym wiem…).

Dalej nasz myśliciel omawia kwestię autorytetu – z perspektywy zarówno bycia jak i posiadania, wiadomo zresztą do jakich dochodząc konkluzji. Tak samo zresztą z wiedzą (poznawanie to zgłębianie mocniej, zaś posiadanie wiedzy to jej gromadzenie w kontekście ilościowym), wiarą (powinno się mówić, że „jest się wierzącym” niż, że się „ma” wiarę) czy miłości (postrzeganej jako proces przecież, a nie substancja do posiadania).

Koniec pierwszej części książki przedstawia w jaki to sposób, modusy bycia oraz posiadania były opisywane na kartach zarówno starego, jak i nowego testamentu, a także Fromm podlewa to myślą Mistrza Eckharta. Jeśli chodzi o stary testament, jest to ciągła historia jak to Żydzi nie za bardzo potrafią funkcjonować bez posiadania – czy to dóbr materialnych, czy to widocznych oznak bóstwa, czy choćby własnego kraju. Wątek ten wypełnia cały poświęcony staremu testamentowi rozdział. Nowy testament to rzecz jasna trochę inny świat, aczkolwiek przesłanie wciąż pozostaje te same – Jezus wciąż i wciąż mówi, że dobra materialne i posiadanie ogólnie nie zapewnia zbawienia. Zwłaszcza jest to znamienne w kontekście pierwszych chrześcijan – którzy przecież byli głównie biedotą, zatem dość łatwo (teoretycznie…) było im odrzucić posiadanie i raczej być. Motyw odrzucenia materializmu i bogactw jest ciągle obecny w chrześcijaństwie (przynajmniej na poziomie deklaratywnym, bo przecież nie Maybacha Rydzyka…). Na sam koniec Fromm opisuje podejście Mistrza Eckharta, który był w swych pismach bardzo buddyjski – „ubogi w duchu” oznacza w tym kontekście wyzbycie się pożądań/żądzy (głównie w ramach kształtowania własnego ego) 10. Tutaj koniecznie zarzucę cytatem (s. 91-92):

Kiedy powiedziane jest: „człowiek ma […] być wolny od swej własnej wiedzy”, nie oznacza to, iż winien on zapomnieć to, co wie, lecz raczej, iż winien zapomnieć, ż e  wie. Należy przez to rozumieć konieczność porzucenia poszukiwań wiedzy utożsamianej z własnością, która dawałaby nam poczucie tożsamości. Powinniśmy właśnie postępować odwrotnie: nie „wypełniać się” wiedzą, nie przywiązywać desperacko do niej ani jej nie pragnąć. Wiedza nie powinna przypisywać sobie własności dogmatu, który nas zniewala. Wszystko to należy bowiem do modus posiadania; w modus bycia wiedza jest wyłącznie aktywnością myśli przebijającej zasłony, myśli, która nigdy nie odczuwa nawet pokusy, aby skrzepnąć w poszukiwaniu pewności.”


W drugiej części książki Fromm skupia się na pokazaniu różnic, między omawianymi modusami w kontekście egzystencji człowieka. Zaczyna w sumie od ciekawej myśli, że większość z nas taktuje samych siebie, własne „ja” jako coś, co się właśnie posiada. Jakkolwiek paradoksalnie to nie brzmi, nasze bycie jest tak naprawdę posiadaniem samych siebie. A że chcemy posiadać rzeczy piękne, wartościowe i tak dalej – ciśniemy w tej niekończącej się grze o status. Co więcej, posiadanie przedmiotów zakłada pewną dozę statyczności, zamienia przedmiot (co nie dziwi), ale również i podmiot (co już jest istotne) w rzeczy – jedno określa drugie, ale jednocześnie podmiot zostaje potwornie zubożony.

To społeczeństwo (głównie poprzez rodzinę) dokonuje tego procesu, bardzo zresztą się starając, aby podmiot nie zorientował się, że ma on miejsce. Co więcej, modus posiadania opiera się tak naprawdę na opresji władzy – wszak posiadanie jako takie to możliwość egzekwowania wyłączności tegoż posiadania w stosunku do innych. Tym samym zawsze pojawia się w tym jakaś forma przymusu i przemocy. Dalej autor podlewa swój wywód konkretną dawką psychoanalizy (duh…), ale nie ma tu nic odkrywczego. Co warto z tego fragmentu zapamiętać, to ciekawe rozróżnienie na posiadanie egzystencjalne (kapotę, jakieś mieszkanie, itp.) oraz posiadanie charakterologiczne (czyli najnowszy iPhone i tego typu rzeczy). Pachnie to Epikurem i w sumie pasuje do treści wywodu.

Opisanie modus bycia jest o niebo trudniejsze niż posiadania – posiadamy wszak rzeczy, które można obiektywnie opisać. Jak opisać bycie? Albo też inaczej – jak to intersubiektywnie przekazać? Każdy z nas jest indywidualną jednostką, nawet najbardziej empatyczne jednostki nie są w stanie w 100% wczuć się w sytuację drugiej osoby. Fromm wychodzi z prostego założenia, że jednak konstytutywne dla bycia są trzy aspekty – niezależność, wolność i zdolność do krytycznego rozumowania.

Idąc dalej, autor wprowadza rozróżnienie na aktywność oraz bierność, ale z zastrzeżeniem, że aktywność ma mieć charakter twórczy (nie w sensie „wy”-twórczości, czyli produkcji konkretnego efektu, ale aktywnego nawiązywania relacji z przedmiotem aktywności). Przykładem nie jest np. stanie przy taśmie montażowej, ale choćby immersja podczas czytania poezji. Czy coś tworzymy namacalnego? Ano nic. Jednakże jesteśmy wówczas aktywni wręcz w najwyższym stopniu, dając wyraz swojej osobowości i możliwości. Takie podejście do życia (nie wyalienowane), było czymś dość naturalnym w społeczeństwach przedindustrialnych (pomijając może niewolników). Natomiast wraz z pojawianiem się pracy najemnej, taśmowej, wyalienowanie staje się czymś coraz bardziej powszechnym (Hegel Marks zacierają ręce w zaświatach). Z tej perspektywy też, Fromm ocenia pojęcie vita contemplativa – to nie jest jakieś bierne byczenie się, a jak najbardziej aktywna działalność. Dalej wspomina jeszcze Spinozę, ale ogólne znaczenie myśli jest takie samo jak u uprzednio opisywanych myślicieli.

Następnie psycholog porusza drugi aspekt bycia – czyli jego autentyczność i brak pozoru. To właśnie tworzenie zewnętrznej persony – czyli pewnego pozoru/maski, które prezentuję światu – jest zaprzeczeniem bycia i raczej przejawem posiadania. Dostajemy tutaj kilka stron skróconego kursu psychoanalizy i teorii nieświadomości, ale dla całości przekazu nie wnosi to nic nowego. Dalej nasz autor przechodzi do zagadnienia dzielenia się i pomocy. Wbrew powszechnym przekonaniom, natura ludzka to nie jest tylko bierność i szukanie przyjemności. To właśnie bierność należałoby wytłumaczyć, a nie aktywność. Spora część ludzi dobrowolnie angażuje się w różne aktywności, które często nie przynoszą jednostce wyraźnej korzyści (poza pewnie sensem – a to istotne i Fromm nie bierze tego pod uwagę). Dalej myśliciel przedstawia proces, gdzie sam modus posiadania jest często iskrą, od której zapala się chęć ludzka by raczej być. To właśnie w poświęceniu i dzieleniu znaczna część społeczeństwa odnajduje swoje powołanie, choć nie bez błędów i wypaczeń.

W człowieku te oba modusy istnieją jednocześnie, od konkretnej kultury/społeczeństwa mocno zależy, w którą stronę wychyli się wahadło. Fromm opisuje przykłady z lat 70tych (kiedy książka powstawała), dziś jeszcze w sumie trudniej ocenić jaki jest stan rzeczywistości. Bańki informacyjne, w których żyjemy z całą pewnością nie ułatwiają zadania. Co więcej, posiadanie jest dla nas synonimem stabilności i bezpieczeństwa, aczkolwiek jednocześnie wciąż jest powodem obaw. No bo skoro zależę od tego co posiadam – pozycji/znajomych/pracy/własnego ja – co mi pozostanie gdy to stracę? Brzmi to mocno stoicko, fakt. Aczkolwiek ten prawdziwy aspekt naszej osobowości – zachwyt byciem – potrafi wyjść z nas od czasu do czasu. Zachwyt właśnie – nad sztuką czy czyimś zachowaniem – ten moment, kiedy jesteśmy w pełni w modusie bycia, a do tego też (ten zachwyt to przykład wręcz podręcznikowy) – uważności.

Dalej autor fajnie wspomina rozróżnienie między „przyjemnością”, a „radością”. Jest to koncept, który już i u mnie w głowie kilka razy się pojawił – jak często współczesne przeżywanie przyjemności, jest pozbawione jakiegoś głębszego znaczenia i – no właśnie – radości. Kolejny odcinek serialu, kolejne piwko i tak dalej – mechaniczna przyjemność ma miejsce, ale jakoś nie wypełnia ona nas metafizycznie. Zakładam, że po angielsku słowem użytym przez Fromma jest pewnie „joy”. I co ważne – to nie jest jednorazowy szczyt, climax osiągnięty i pozostawiający pustkę. Radość to raczej plateau (słowa Fromma), co moim zdaniem jest bardzo prawdziwe. Autor przechodzi po kolei przez kilka religii odnosząc się właśnie do pojęcia „radości” i w jaki sposób jest ono w tychże religiach pojmowane (spoiler – bardzo pozytywnie i afirmująco).

Ostatnie rozdziały drugiej części są poświęcone pojęciu grzechu i nieposłuszeństwa, rozpatrywanych w kontekście obu modusów, gdzie w posiadaniu chodzi o grzech/skruchę i da capo, gdzie opieramy się głównie na autorytaryzmie i podporządkowaniu. Zaś w przypadku bycia – mamy do czynienia z odłączeniem się od całości i wspólnoty, zaś powrót do niej to zdanie sobie ponownie sprawy z tego, że to właśnie w jedności (czyli nie-posiadaniu) leży źródło spełnienia i radości. Na końcu autor porusza zagadnienie śmierci – i ma to sens, że istnieje strach przed śmiercią, gdyż jest to tak naprawdę strach przez utratą tego co posiadamy. Jeżeli życie postrzegamy jako proces i po prostu bycie – jak możemy cokolwiek stracić poprzez śmierć?


Część trzecia książki jest poświęcona sposobom, w jaki należałoby zastosować dychotomię opisywanych modusów do tego, aby poprawić sposób życia społeczeństw jako ogółu. Fromm od razu zaznacza, że poglądy wyłożone w tej części były już przedmiotem jego rozmyślań w poprzednich książkach – „Ucieczce od wolności” oraz „Psychoanalizie i religii”. Połączenie tych dwóch tytułów powinno dać nam wstępne rozeznanie, gdzie zmierza myśl psychoanalityka. Zasadniczo to na kanwie uczuć „religijnych” (w szerokim sensie) może dokonać się przemiana społeczna, której tutaj potrzebujemy. Próba narzucenia prawnie jakichkolwiek rozwiązań w tej dziedzinie jest z góry skazana na niepowodzenie. Dość mocno to rezonuje z myślą personalistów katolickich z XXw – Teilharda de Chardin czy Marrinera.

Autor zaczyna swój wywód od założenia, że autentyczny charakter jednostki jest wypadową nie tylko doświadczeń jej właściwych, ale również całości środowiska socjoekonomicznego, w którym jednostka się znajduje. Pojęciem technicznym, które wprowadza na opisanie tego konglomeratu jest charakter społeczny. I elementem kluczowym dla tegoż charakteru jest właśnie religia, ale znów z zastrzeżeniem jak powyżej – definicja tejże jest bardzo szeroka. Może ona obejmować nie tylko systemy, które uznajemy za religie par excellance, ale również ich substytuty lub namiastki – kult partii/wodza czy gloryfikacja konkretnych cech charakteru (jak przebojowości/innowacyjności) to choćby bardziej „świeckie” przykłady. Tak patrząc na kulturę wychodzi nam, że nigdy nie będziemy funkcjonować w których nie ma tak pojmowanej religii. Taki świat, byłby jednocześnie światem totalnie wypranym z wartości.

Tak pojmowana religia jest czymś, czego możemy sobie nawet nie uświadamiać. Możemy myśleć, że nie posiadamy takowej, mimo że tak naprawdę wpływa ona na nasze codzienne życie. Stara suficka mądrość mówi, że należy „poznać swoje motywy, a następnie motywy swoich motywów”. W przypadku sporej części społeczeństwa, jest to całkowicie nieuświadomiony aspekt codziennej egzystencji. To jest tylko jedna strona medalu – Fromm porównuje posiadanie tejże religii (synonimicznie będę używał określeń „filozofii życiowej” czy „zdrowego rozsądku” by opisać ten fenomen) do posiadania mapy. Owa mapa, nie jest sama w sobie wystarczająca – musimy wiedzieć gdzie chcemy dojść, aby się tą mapą posłużyć! Instynkt, o którym wspomina autor, wystarcza w tej dziedzinie zwierzętom. Nam, ludziom wyposażonym w rozbudowany mózg – już nie. To, czego potrzebujemy, to sens – piękny cytat ze strony 188.

Potrzebujemy takiego przedmiotu wiary, aby zintegrować kierunek wszelkich naszych energii, aby przekroczyć wyizolowaną egzystencję, wraz z jej wszelkimi wątpliwościami i niepewnością, aby zaspokoić potrzebę posiadania sensu życia.

Fromm podkreśla, że wszystkie opisywane do tej pory pojęcia – charakter społeczny, struktura socjoekonomiczna oraz struktura charakteru muszą być spójne. W momencie, gdy są one od siebie diametralnie różne, zasadniczo społeczeństwa nie można nazwać zdrowym pod jakimkolwiek kątem. Dalej autor omawia historię chrześcijaństwa – czy tak naprawdę Europa przyjęła tę religię tak „serio, serio”, a także postać Jezusa, który był najwyższym ucieleśnieniem bycia w kontraście do dominującego wówczas posiadania. Teoretycznie religia, stworzona przez „męczennika” (w odróżnieniu od pogańskiego „herosa”), wydała w postaci Europy/Ameryk społeczeństwa, w których to posiadanie (czyli to, co charakteryzuje herosów) gra dominującą rolę. Tak samo jest dziś z naszą kulturą opartą o merkantylizm – nie patrzymy na siebie jako podmioty mające jakąś wartość „użytkową”, ale „transakcyjną” lub „wymienną”. Całość naszej energii poświęcamy nie na to, aby być oraz korzystać z życia, ale by jako jednocześnie sprzedawca i sprzedawany, uczynić siebie jak najbardziej wartościowym na rynku. Rzecz jasna – nie da się tego pogodzić z modusem bycia.

Tak pojmowane jednostki nie posiadają głębokich relacji z innymi, albo i choćby z samymi sobą – nie dlatego, że są egoistyczne, ale dlatego, że utraciły kontakt z samym sobą. Kiedy wciąż postrzega się siebie jako towar/wizerunek/personę, siłą rzeczy musi nastąpić dehumanizacja. Stajemy się wówczas obcy sobie samym. Fromm rozwija tę tezę przywołując swoje rozumienie marksizmu, a jego spostrzeżenia w sumie znajduję trafnymi, ale długo by tu pisać by je streścić. Kończy omówieniem kilku jemu współczesnych autorów, którzy podobnie jak on podkreślali konieczność ograniczenia konsumpcji oraz całościowej reorganizacji społeczeństw industrialnych.

Ostatnie fragmenty książki są poświęcone krokom, jakie powinniśmy uczynić, aby zrealizować wizję nowego społeczeństwa. Opartego na byciu rzecz jasna, a nie na posiadaniu. Niespecjalnie chce mi się tutaj coś więcej pisać, gdyż raz – nie ma tam niczego autentycznie konkretnego, a raczej jest to katalog pobożnych życzeń. Pięknie brzmiących, fajnych w lekturze, ale dalekich od jakiejkolwiek możliwości implementacji w świecie.

 

 

 

 

Strona 3 z 11

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén