Moje zapiski z podróży po fascynującym świecie ludzkiej myśli i ducha

Miesiąc: sierpień 2025

Platon popiersie

Platoński „Fajdros” w tłumaczeniu Henryka Podbielskiego

Kontynuujemy dziś przygodę z Platonem – niejako w nawiązaniu do wpisu o „Uczcie”. Albowiem jednym z motywów „Fajdrosa” – z którym będziemy dziś pracować – jest miłość. Aczkolwiek nie jest to jedyny podejmowany w dialogu temat. Ba! Jest tylko pierwszym krokiem, po którym autor zabiera nas w wielowymiarową podróż.

O tłumaczeniach znów słów kilka

„Fajdrosa” pierwotnie przetłumaczył Władysław Witwicki – jest to zresztą wersja, którą posiadam od dłuższego czasu jako część „Biblioteki Europejskiej” Wydawnictwa Marek Derewiecki. Wpis o „Uczcie” powstał w oparciu o to właśnie tłumaczenie. Co ciekawe, kilka lat temu staraniem „Teologii Politycznej” rozpoczęto wydawanie nowych przekładów dialogów Platona, co więcej, w wersji dwujęzycznej. Jednym z tychże przekładów jest właśnie „Fajdros”, którego autorem jest Henryk Podbielski. Nowy przekład został wydany w roku 2022, co jest o tyle istotne w świetle smutnej wiadomości o śmierci Henryka Podbielskiego 6 marca 2025. Rzecz jasna nie jest to jedyne tłumaczenie tegoż autora – wystarczy wspomnieć tegoż tłumaczenia retorycznych dzieł Arystotelesa.

Co jest również warte wspomnienia to komentarz do tego dialogu, który jest integralnym elementem wydania Wydawnictwa Teologii Politycznej. Jego autorką jest prof. Janina Gajda-Krynicka i jest to głębokie 150 stron treściwego filozoficznie tekstu. Zważywszy na fakt, że sam dialog mieści się na podobnej liczbie stron – czyni to ów komentarz jeszcze bardziej smakowitym. Jego wartość zwiększa tylko fakt, że jego autorka jest wybitną znawczynią Platona, zaś sam komentarz dotyczy nie tylko dialogu jako takiego, ale również obecnego stanu badań nad twórczością Platona. Pani profesor gładko przechodzi od wiedzy dotyczącej hermeneutyki oraz wyzwań stojących przed tłumaczami w ogóle, przez datowanie konkretnych dzieł z dorobku Platona, kończy zaś dogłębną analizą samego dialogu. Przyznam szczerze, że czytając ów wstęp – mając już pierwszą lekturę dialogu za sobą – dosłownie „przejrzałem na oczy”. Polecam to doświadczenie każdemu.

Uważny czytelnik mógłby w tym momencie spytać – jakiej pierwszej lektury? A to akurat rzecz dość ciekawa. W artykule poświęconym „Uczcie” wspomniałem, że to tłumaczenia Władysława Witwickiego były tymi, które wprowadziły mnie w świat myśli Platona. Jednakże, nowe (lepsze?) nie musi być wrogiem dobrego. Wykorzystując zatem okazję postanowiłem oddać pola innemu tłumaczowi. Jednakże by urozmaicić sobie życie, zdecydowałem podejść do lektury w dość oryginalny sposób. Wpierw przeczytałem dialog w tłumaczeniu Witwickiego. Lektura jednakże miała tylko charakter „rozpoznania bojem”. Bardziej skupiłem się na „akcji” (tak, zdaję sobie sprawę jak dziwnie to brzmi) oraz przypisach tłumacza, niż na głębokim wnikaniu w argumenty i tok wywodu.

Dopiero drugie podejście – tym razem w docelowym tłumaczeniu Henryka Podbielskiego (poprzedzone wspomnianym już komentarzem prof. Janiny Gajdy-Krynickiej) było tym właściwym. Wszystkie cytaty będą pochodzić z tegoż tłumaczenia, aczkolwiek nie zamierzam ograniczać się tylko do tegoż tekstu. Jeżeli starsze tłumaczenie (czy przypisy z tegoż) będą bardziej zrozumiałe/ciekawe – wówczas wspomnę o tym w poniższym tekście. Wiedzę należy brać skądkolwiek ona pochodzi1.

Wstęp właściwy

O czym jest „Fajdros”? Nie jest to wbrew pozorom pytanie pozbawione sensu. Wydawałoby się bowiem, że kontynuuje on wątek z „Uczty” właśnie. Miłość. A konkretnie o kochaniu per se. Od tegoż zaczyna się cały tok dialogu – od rozmowy Sokratesa Fajdrosem. Dokładnie z tymże samym Fajdrosem, który był pierwszym mówcą podczas „Uczty”. Nie za wiele się jednakże od czasu tejże zmienił. Dalej jest przedstawiany2 jako prostolinijny miłośnik filozofii i retoryki, aczkolwiek bez większego potencjału czy iskry. Pojawienie się postaci Fajdrosa ma dość istotne znaczenie dla całości wywodu. Platon jasno daje nam do zrozumienia, że przed rozpoczęciem lektury „Fajdrosa” – przypomnienie sobie „Uczty” będzie naprawdę dobrym pomysłem.

Dobrym pomysłem nie tylko ze względu zresztą na poruszaną tematykę. Równie istotnym może być „szkatułkowy” charakter „Fajdrosa”, podobnie zresztą jak i „Uczty”, choć może z trochę innej perspektywy. Powróćmy do postawionego powyżej pytania – o czym traktuje dialog o tytule „Fajdros”? Prof. Gajda-Krynicka poświęca temu zagadnieniu sporo stron swojego komentarza, powołując się na najnowsze wyniki badań naukowych. Czy to aby tylko rzecz o miłości? Może retoryka? Filozofia? Poznanie? Nauka o duszy? Każda z tych odpowiedzi da się zaakceptować, ale również można znaleźć argumenty by je odrzucić. Nie będę próbował nawet streszczać wywodu autorki, polecam zapoznać się z całym komentarzem, gdyż jest to naprawdę rzecz wartościowa. Tymczasem na swoim małym poletku, jakim jest ten blog, wróćmy do naszego tekstu.

Pierwszym aktem dialogu jest odczytanie przez Fajdrosa mowy, której autorem jest Lizjasz, który był znanym retorem, jego dzieła i prace była szeroko znane i komentowane na terenach antycznej Grecji. Fajdros jest tutaj jedynie przekaźnikiem idei tegoż3, a także pasywnym świadkiem wypowiedzi Sokratesa. Nawet najwspanialszy bowiem aktor potrzebuje publiczności,  a Sokratesa bez słuchaczy wyobrazić sobie niemalże nie sposób.

O czymże była owa mowa? Rzecz dotyczyła dość kontrowersyjnego twierdzenia, iż o wiele lepiej jest obdarzać uczuciem tego, kto nas nie kocha, zamiast kogoś, kto jawnie mieni się miłośnikiem. Czyli nie ubogi pastuszek czy inszy poeta, pełen uczuć i wzniosłości, ale stateczny i przewidywalny wdowiec4 jest idealną partią dla wchodzącej dopiero w życie białogłowy. Klisza? Kicz? Pewnie tak. Widzieliśmy ten obraz w tak dużej ilości przedstawień, iż naprawdę aż żal ciągnąć ten wątek. Fakt, w antycznej Grecji zaprawione to było wszystko obecnością „męskiej miłości” czy też pewnej formy akceptowalnej społecznie pederastii5. Mimo to pewne klisze i wzorce nie zmieniły się przez wieki (jeśli nie tysiąclecia) – niezależnie od tego, której płci rzecz dotyczy.

Mowę Lizjasza da się zasadniczo podsumować dość łatwo – gdyż wymienia on po prostu szereg zastrzeżeń i wniosków, które niejako naturalnie powinny się każdemu słuchaczowi nasunąć, biorąc pod uwagę  jej tematykę. Przy całej ich różnorodności ich fundament jest ten sam. Retor wychodzi z założenia bynajmniej nieobcego starożytnym Grekom, iż miłość to pewna forma zaślepienia czy też wręcz szału6. Wspominał o tym również Platon „Uczcie” (dokładniej włożył te słowa w usta Pauzaniasza) – zakochanym wybacza się wiele, gdyż często postrzega się ich jako chorych i niespełna umysłu. Na tym głównie obrazie się skupia i wokół niego krąży Lizjasz. Sokrates, który w mowie retora odnajduje zarówno trochę samego siebie jak i opinii, z którymi zgodzić się nie może7, podejmuje się ciekawego wyzwania. Spróbuje ten sam punkt widzenia przedstawić, jeno swoimi słowami. Tak rozpoczyna się pierwsza mowa Sokratesa8. Aczkolwiek dość istotne są ciągłe mrugnięcia okiem ze strony Sokratesa, który zgodnie ze swoim „wiem, że nic nie wiem” kryguje się wciąż, oraz nie w pełni do wiedzy w temacie chce przyznać. Oddajmy mu zresztą głos (235c):

Nie potrafię w tej chwili tego powiedzieć; jasne jednak, że słyszałem to od kogoś, albo od pięknej Safony, albo od mądrego Anakreonta, albo od któregoś z prozaików. A jakie mam na to świadectwo? Bo pierś mi się jakoś napełnia, mój boski, i czuję, że coś zupełnie innego mógłbym na ten temat powiedzieć i wcale nie gorzej. Dobrze zaś wiem – znając swoje nieuctwo – że sam tego nie wymyśliłem. Musi więc być tak, sądzę, że przez słuchanie napełniłem się z obcego źródła niby dzban jakiś. Ale jestem tak nierozgarnięty, że nawet i to zapomniałem – jak i od kogo słyszałem.

Co więcej – jasno daje do zrozumienia, że nie do końca przemawia w swoim imieniu również poprzez czyny. Taki oto fragment otrzymujemy zaraz przed rozpoczęciem mowy (237a):

Będę przemawiał z zasłoniętą twarzą, bym jak najszybciej przebrnął całą mowę, bo patrząc na ciebie, ze wstydu mógłbym zgubić wątek.

Lizjasz opowiedziany przez Sokratesa

Odczytana przez Fajdrosa mowa opiera się głównie na tezie, iż Eros bardziej człowiekowi w życiu szkodzi i przeszkadza. Sokrates nie atakuje tego założenia wprost, swoją mowę zaczyna z zupełnie innej strony – chce jasno wskazać na fakt, że Lizjasz w swojej mowie w ogóle miłości nie zdefiniował! Piękne metafory, wodolejstwo i chwytliwe rymy nie są w stanie przesłonić tego oczywistego faktu. Dopóki nie wiemy o czym do końca mówimy – miłość, miłośnik, miłowanie, Eros – dopóty krążymy wokół sedna problemu. Miłość zaś dotyczy najbardziej głębokich pokładów ludzkiej duszy – stąd też naczelny satyr Aten rozpoczyna swój wywód. Od przyjrzenia się temu, co mieszka w człowieku (237d-238c):

[…] w każdym z nas mieszkają dwie jakieś postacie. […] Jedna z nich, nam przyrodzona, to żądza rozkoszy, druga, nabyta – to „rozsądek”, który kieruje się ku temu, co najlepsze. Raz się w nas te postacie zgadzają, innym znów razem się kłócą. Raz jedna, raz druga panuje. Kiedy rozsądek ma władzę i dzięki rozumnemu słowu wiedzie do tego, co najlepsze – władzy na imię „opanowanie”; gdy natomiast żądza wlecze nas bezmyślnie ku rozkoszy i nami rządzi, nazywa się to „rozpasaniem”. […] Bezmyślna zaś żądza, która góruje nad rozsądkiem mającym na względzie słuszność, sama jest wiedziona do rozkoszy z piękna [płynącej], a znów poprzez pokrewne jej przyjemności do piękna ciał pędzi; swą mocą wszechmocna, popędem zwycięska, od mocy swojej otrzymawszy imię, wszechmocnym erosem się zwie”.

Obraz dość prosty. Aczkolwiek znów w tym miejscu Sokrates mruga do nas okiem, powołując się na boskie natchnienie ze strony Muz, które te słowa w jego usta zdają się wkładać. Co tym bardziej jest widoczne w dalszej części wywodu. Otóż filozof zakłada, że skoro kochający jest w jakiś sposób chory, wówczas miłym jest mu to, co nie stawia oporu i jest nie lepsze od niego. Tedy nie zamierza tolerować faktu, że jego obiekt uwielbienia w czymś się wyróżnia. Widzimy już zatem dokąd zmierza Sokrates – miłosne zaślepienie powoduje ściąganie obiektu miłości w dół. Nie rozwój, nie dobro, nie piękno – przeciętność czy też mierność raczej, bo na cóż więcej może się zdobyć osoba chora? I to rzecz jasna nie tylko w świecie psyche, ale i somy (239c-d):

Człowiek opętany miłością nie jest więc w ogóle pożytecznym kierownikiem i towarzyszem, gdy chodzi o rozwój umysłu. Spójrzmy z kolei na stan ciała oraz na to, jak i jaką otoczy je troską, gdy stał się już jego panem ten, kogo własna natura zmusza gonić za przyjemnością raczej niż za dobrem. Pokaże się zaraz, że goni za ciałem miękkim, a nie za twardym, nie w czystym blasku słońca wyrosłym, ale w półcieniu przyjemnym, za takim, co nie zna trudów męskich i potu zaschłego na sobie […]

Aż człowiekowi się chce odwiedzić siłownię… pardon – gymnazjon po takim cytacie. Wracając jednakże do sedna – zakochany dopóki kocha, szkodzi obiektowi swej miłości w każdej możliwej do wyobrażenia dziedzinie. Cóż zaś się dzieje gdy kochać przestanie? Wtedy nie wiadomo czy lepiej czy gorzej się dzieje – gdyż gdy w końcu przejrzy na oczy, rozpocząć się może festiwal resentymentu i zemsty. Innym człowiekiem się staje, co jest rzeczą przykrą dla niedawnego kochanka. Myśli on, że dalej z tym samym człowiekiem przestaje, gdzie tymczasem miejsce szału i żądzy zajmuje rozum i rozwaga. Niczym ogień i woda – dogadać się te dwie przeciwności nie mogą.

Intermezzo – oczyszczenia nam potrzeba

W tym właśnie momencie, filozof swą mowę przerywa. Fajdros, wielce zdziwiony tymże obrotem spraw dopytuje, skąd taka decyzja. Wszak jeszcze byłoby dobrze opisać, dlaczego – a contrario – warto oddawać pola temu, co raczej nie kocha. Sokrates jasno twierdzi, iż nic z tego co do tej pory powiedział było na serio. Powracamy do wątku (nie)boskiego natchnienia, które opanowało go w pełni (241e-242a):

Nie widzisz, że pod wpływem nimf, którym umyślnie wydałeś mnie na łup, wpadnę w boży zachwyt? Jednym więc słowem powiadam: ile pierwszemu przypisaliśmy wad, tyleż samo zalet przysługuje drugiemu. Czy trzeba się nad tym dłużej rozwodzić? Na temat obydwu dość powiedziano. Niech więc spotka naszą rozmowę to, na co sobie zasłużyła. Ja przejdę przez tę rzeczkę i już sobie pójdę, żebyś mnie jeszcze do czegoś gorszego nie zmusił.

Jednakże to nie wszystko! Niczym prawdziwe deus ex machina – Sokrates powraca wręcz od razu, odrodzony niczym Gandalf po wizycie w Valinorze (242c; 242e):

Kiedy zamierzałem, mój miły, przekroczyć tę rzeczkę, boski znak mi się zjawił, który ma zwyczaj rodzić się we mnie – a zawsze mnie on powstrzymuje od tego, co mam uczynić9 – wydało mi się, że jakiś głos stamtąd słyszę, który mi nie pozwala odejść, zanim się nie oczyszczę, jako żem zgrzeszył czymś przeciw bóstwu.  […] Bo jeśli Eros jest bogiem lub istotą boską, a jest tak na pewno10, to nie może być niczym złym, a takim go przedstawiały obie mowy przed chwilą wygłoszone.

Nic dobrego i prawdziwego o Erosie nasz mędrzec nie powiedział. Odpokutować mu za to wypada, Daimon nie popuści, zresztą w tymże od samego początku tkwił pomysł Platona. Przedstawmy Erosa i jego sprawki tak, jak go często szeroka publika postrzega, by następnie odwrócić spojrzenie i podejść do niego tak, jak to filozofowie podchodzić do niego powinni. Sokrates powołuje się na historię Stezychora11  – tym samym podobnie zamierza obecnie wygłosić mowę przebłagalno-odwołującą. Będzie tedy głosił zupełne przeciwieństwo dla słów Lizjasza – wypada o wiele bardziej cenić miłośnika, cenić ponad wszystko inne.

Od szału, przez duszę do Erosa – druga mowa Sokratesa

Nadchodzący fragment dialogu to jeden z najbardziej znanych motywów platońskich – dotyczy on bowiem duszy i kolei jej losu. Aczkolwiek zacznijmy od początku i przyjrzyjmy się słowom Sokratesa. Rozpoczyna on swoją palinodię od prostego stwierdzenia, iż nie każdy szał (czy też mania) jest czymś z gruntu złym. Obok szału miłosnego, mamy wszak szał wieszczego natchnienia, „szał oczyszczenia”12 czy też szał zsyłany przez Muzy. Nikt przecież nie będzie twierdził, że są one czymś zawsze złym i niepotrzebnym!

Następuje obecnie drastyczna wręcz zmiana tonacji. Trochę tak z boku wymieniając Muzy – Sokrates wspomina o duszy. To właśnie dusze mają Muzy „porywać” i „rozpalać” celem tworzenia, czystą tekne nie za wiele artysta zdziała. Nawiązanie to jednakże wygląda na sztuczne, jakby na siłę wprowadzone. W charakterze usprawiedliwienia autor wydaje się również jasno stwierdzać – 245c:

My natomiast wprost przeciwnie dowieść mamy, że największym szczęściem jest taki właśnie szał danych od bogów. Nasz dowód nie przekona zatwardziałych, ale mądrzy dadzą mu wiarę. [podkr – MP] Najpierw należy więc poznać prawdę o naturze duszy boskiej i ludzkiej, przyglądając się bacznie jej doznaniom i dziełom.

Sokrates uderza w tony wysokie i mistyczne, nie da się tego, co zamierza obecnie powiedzieć obronić na gruncie rozumu samego. Sięgnięcie po mit ma na celu przekazanie wiedzy, którą jeno przypomnieć sobie możemy – anamneza to jedyna droga by dostąpić mądrości. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Cóż o duszy chce nam powiedzieć Platon?

Jest ona przede wszystkim nieśmiertelna. Wywodzi to z faktu, iż dusza jest ciągle w ruchu, a to co jest wiecznie w ruchu – nie może być śmiertelne. Skoro zaś jest wciąż w ruchu – wypada ów ruch przedstawić i opisać (245e – 246a):

Każde bowiem ciało, które bierze ruch z zewnątrz, jest bezduszne, to zaś, które z wewnątrz, z siebie samego – duszę posiada, ponieważ taka jest natura duszy. Skoro tak się rzecz przedstawia, że to, co samo się porusza, jest niczym innym, jak duszą, to z konieczności dusza jest czymś, co nie powstaje, i czymś nieśmiertelnym.

To niech już wystarczy na temat jej nieśmiertelności. Należy więc teraz mówić o jej naturze. To, czym ona jest w ogóle i w każdym aspekcie, wymagałoby niezwykle długiego i niemal boskiego, wywodu, do czego zaś  jest podobna – ludzkiego i krótszego. Mówmy więc po ludzku.

Wrócę do tego twierdzenia za jakiś czas – gdyż jest ono dość ważne. Tymczasem zaś przejdźmy do obrazu, który nam filozof maluje. Dusza porównana jest do zaprzęgu, ciągniętego przez dwa konie. Woźnicą jest rozum, zaś konie niczym ogień i woda – pochodzą z dwóch różnych typów. Jeden jest szlachetny z natury (to nasza wola/duma), drugi zaś narowisty i niesforny (pożądliwość się kłania). Powożenie zatem do łatwych nie należy – rzecz jasna dotyczy to tylko dusz, które nie są bogami. Bogowie rzecz jasna oba konie ze stadniny mają przedniej – tedy problemów z powożeniem u nich nie uświadczysz. Dlaczego to ważne? Ano dlatego, iż bogowie poruszają się w orszaku – na jego czele stoi zaś sam Zeus, pozostali zaś bogowie stoją na czele dwunastu (liczba podana przez Platona) pozostałych oddziałów. Wszystkie inne dusze (czyli nie-boskie) również mogą do owego orszaku dołączyć – wola wolna. W czym zatem problem?

Ano w tym, iż bogowie od czasu do czasu zmierzają na „uczty i biesiady” i by to osiągnąć „wspinają się na sam szczyt niebieskiej kopuły, na stromiznę” (247a -b). Ktokolwiek osiągnie szczyt, dane jest mu podziwiać „Byt rzeczywisty”, który jest (247d):

[…] dostępny poznaniu tylko rozumu, sternika duszy, i tylko on jest przedmiotem prawdziwej wiedzy. Ponieważ myśl boga karmi się rozumem i wiedzą najczystszą, a także myśl każdej duszy, o ile stara się przyjmować odpowiedni pokarm, to gdy wówczas widzi sam byt [przez ten czas ogląda to, co rzeczywiście istnieje], odczuwa upodobanie, a oglądając prawdę, odżywia się i raduje, póki dokoła ruchem nieba niesiona nie powróci w to samo miejsce. Podczas tego obiegu ogląda samą sprawiedliwość, ogląda roztropność, ogląda wiedzę […] płynącą z tego, co jest prawdziwie rzeczywistym bytem.

O ile boskie zaprzęgi docierają na miejsce bez problemu, dla innych dusz rzecz tak prosta już nie jest. O ile oba konie nie są wychowane odpowiednio, duszy dane jest oglądać byt prawdziwy momentami, fragmentami, będąc ściąganą raz w dół raz w górę przez narowistego konia. Niektóre zaprzęgi w ogóle nawet na ów prawdziwy byt okiem nie rzucą13, zaś więcej z tego bałaganu, ścisku i zamętu powstanie. Takie dusze, które nie bardzo cokolwiek zobaczyły napełniają się mniemaniami, a że skrzydła duszy potrzebują „bytu jedynego” jako pokarmu, nie otrzymując go tracą skrzydła i „spadają” na ziemię. W zależności od tego ile owej prawdy (lub mniemań – to w tę gorszą stronę) dusza przed upadkiem przyjęła – wciela się w różne to postacie. Od filozofów na jednym spektrum (tym lepszym rzecz jasna), po sofistów i tyranów (w tym najgorszym).

Platon nazywa cały szereg reguł i zasad, które rządzą losami duszy „prawem Konieczności”. Nie za bardzo jest sens tutaj to wszystko wymieniać – polecam lekturę fragmentu 249a-d. Co jest ważne jako podsumowanie – to właśnie czwarty rodzaj szału, który za dobry i pożądany należy uznać. To sytuacja, w której dusza pamięta sporo z tego, co widziała poza światem, pamięta jak prawdziwe dobro i piękno wyglądają. Tak tedy w tymże szale zdarza się jej widzieć to samo w życiu materialnym – stąd zresztą biorą się prawdziwi filozofowie. To oni nie dbają o sprawy ziemskie, jeno wciąż tęsknie próbują jakoś „wzbić się wyżej”.

Jednym ogólnie ze sposobów na owo „wzbijanie się” jest miłość właśnie (co ciekawe – dostępny jest on wszystkim) – gdy dusza oglądała kiedyś choćby fragmenty piękna, potrafi je czasem odnaleźć w pięknie ziemskim. To w niewielkim stopniu pozwala zalążkom piór duszy na to, aby pobudziły się i pęczniały. Stan ten wprawia człowieka w ferwor i pobudzenie. Niestety – gdy pokarmu zabraknie proces się zatrzymuje, powodując cierpienia dla duszy. Tak tedy miłośnik nie chce spuszczać oczu z ukochanego, aby nie odczuwać bólu rosnących piór. Co więcej – i jest to nawiązanie do jednego z argumentów Lizjasza – dusza w zależności w orszaku którego boga przebywała, tych cech też szuka u swego ukochanego. Ba! Cieszy się, raduje i wspiera ukochanego w tym, aby tychże cech miał jak najwięcej i w jak najdoskonalszym wymiarze. Kiedy zaś u ukochanego już się wiele zrobić nie da dla ich rozwinięcia, też często sama w konkretnych cechach się doskonali. W ten właśnie sposób Eros prowadzi ludzi ku lepszemu.

Sokrates na tym kończy tę część swej wypowiedzi. Pięknej, chwytającej za serce i naprawdę przyjemnej w lekturze. Aczkolwiek to nie wszystko! Owszem, opisaliśmy sobie ruch duszy i koleje jej życia. Teraz jednakże dobrze wrócić do obrazu, który nakreśliliśmy na początku. Czym owa dusza jest – tak „ludzkim językiem” opisana? Wspomniany woźnica i para koni jest używana dla opisania procesu zakochania oraz rozwoju relacji miłosnej. Platon jest tu dość drobiazgowy i przedstawia wszystkie etapy relacji, jej pojawienie się, rozwój oraz ewentualne „upadki” (czyt. dominację części popędowej duszy). Zaś w chwili śmierci, dusza odkrywa, iż dzięki relacji miłosnej posiada zaczątki skrzydeł, a także nie zstępuje już na „drogę wiodącą pod ziemię”.14. Skończmy pięknym cytatem (256e):

Takie błogosławieństwa, tak wielkie i boskie dary przyniesie ci, chłopcze, przyjaźń kochającego, bliska natomiast zażyłość z tym, który nie kocha, połączona z rozsądkiem śmiertelnym, śmiertelne i skąpe dobra dozując, w duszy umiłowanego zrodzi takie zniewolenie, które ogół chwali jako cnotę, że będzie musiała przez dziewięć tysięcy lat krążyć po ziemi i jako bezrozumna przebywać w podziemiu.

Taką ci oto, kochany Erosie, przekładamy pieśń przebłagalną i wynagradzającą, najpiękniejszą i najdostojniejszą, na jaką było nas stać. […] Jeśli w poprzedniej mowie Fajdros i ja powiedzieliśmy coś dla ciebie przykrego, obwiń za to Lizjasza, ojca tej mowy, i spraw, aby zaprzestał tworzenia takich mów, ale skierował się ku filozofii […]

Na takie dictum Fajdros może tylko przyklasnąć i w zachwycie podziwiać Sokratesa. Na tym też kończy się niejako pierwsza część drugiej mowy Sokratesa. W tym momencie należy się na chwilkę zatrzymać i ocenić dokąd wraz z naszymi rozmówcami zaszliśmy.

Ogarnijmy wpierw tę duszę

Wspomniałem uprzednio, że powrócę do konceptu związanego z mitologicznym przedstawieniem duszy zaprezentowanym w dialogu. W obecnym bowiem miejscu wracamy w pełni na ziemię. W nadchodzących stronach Sokrates Fajdros zaczną roztrząsać zagadnienia piękna, prawdy i dobra w kontekście sztuki retorycznej. To takie małe nawiązanie do moich słów z początku tego artykułu – o czym tak naprawdę jest dialog pod tytułem „Fajdros”? Sporo dowiedzieliśmy się już o kochaniu, miłości i w końcu o duszy i jej losach. To już bardzo wiele! Tymczasem do końca dialogu drogi jeszcze kawałek. O retoryce będziemy teraz rozprawiać, aczkolwiek to na chwilkę zostawmy. Co z tą duszą?

Przedstawiona przez Sokratesa wizja duszy rzecz jasna ma charakter mitologiczny i mistyczny. Nie da się tej opowieści w jakikolwiek sposób dowieść czy poprzeć zdaniem autorytetu – sam Platon chce występować w tej roli. Oczywiście w starożytności (a zwłaszcza Plotyn i budujący na nim Proklos) interpretowano słowa z dialogu jako prawdę objawioną. Tak właśnie miało być. Z czasem oczywiście wykładnia ta zaczęła tracić na znaczeniu – empiryzm angielski, późniejszy scjentyzm z pozytywizmem zrobiły swoje. Aczkolwiek rzecz nie w tym, czy przedstawiony obraz jest „prawdziwy”. To, na co wskazują bardziej współcześni badacze – HadotNussbaum czy Vlastos wskazują na aspekt katarktyczny oraz transformujący. Przedstawiona wizja miała służyć „zbudowaniu jednostki” – jej ulepszeniu oraz metanoi (przemianie) w stronę doskonałości i dobra. Czy mamy w głowie woźnicę z zaprzęgiem? Raczej nie. Czy wizja przedstawiona przez autora porusza w nas coś głęboko? Niewielu z czytelników pewnie odpowie, że nie.15

Retorzy wszystkich krajów…

Następuje przerwa w wywodzie dla obniżenia powagi i nastroju. Trochę to podobna sytuacja jak ta z „Uczty”, gdy mowa Sokratesa dobiega do końca. Autor wtedy wprowadza na scenę Alkibiadesa, aby rozluźnić atmosferę, ale też by zapobiec komentarzom czy dyskusji z właśnie wygłoszonymi prawdami. Tak samo i tutaj – nawiązania do przyrody i Muz prowadzą do podjęcia w dyskusji nowego wątku. Oddajmy głos naszym dyskutantom (258d):

Sokrates: Dla każdego zatem wydaje się oczywiste, że samo pisanie mów nie jest czymś szpetnym.

Fajdros: A co?

Sokrates: Ale to, myślę, jest już rzeczą szpetną: mówić i pisać nie pięknie, lecz brzydko i marnie.

Aż złośliwie cisną się na usta słowa – „tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie”, ale zostawmy pijackie krotochwile. Sokrates rozpoczyna wywód od prostego pytania – czy też autor mowy powinien wyznawać się na jej przedmiocie, czy też nie? Fajdros odpowiada „mądrością ludową” w następujący sposób – rzecz jasna stawiając się niejako na pozycji zwolennika sofistyki (260a):

Ja zaś, drogi Sokratesie, słyszałem na ten temat coś takiego, że ten, kto chce być mówcą, nie musi wiedzieć, co jest naprawdę sprawiedliwe, lecz co się takim wydaje ogółowi, który będzie sędzią w tej sprawie; [nie musi on też wiedzieć], co jest rzeczywiście piękne i dobre, ale co za takie uchodzi: z tego bowiem rodzi się przekonanie, a nie z tego, co prawdziwe.

Tekne, tekne przede wszystkim! Oczywiście Sokrates poprzez kilka przywołanych na szybko przykładów wyśmiewa takie podejście, ale i od razu stawia mocną tezę16, że to, co za „sztukę retoryczną” się uważa to czysta tekne właśnie, a nie sztuka sama. Ta bowiem, bez znajomości filozofii pozostaje tylko techniką wymowy, zaś sztuką stać się może dopiero, gdy retor jest w stanie jasno widzieć o czym w ogóle rozprawia. Dzięki temu dopiero bowiem, będzie w stanie rozpoznać gdy ktoś próbuje nas „małymi krokami” od jednej rzeczy przeprowadzić do drugiej, która jednakże błędną jest i jej przeciwną. Brzmi to może trochę skomplikowanie, dlatego też i Platon innymi słowami próbuje to opowiedzieć (261e – 262b):

Sokrates: Myślę, że stanie się to jasne, jeśli tę rzecz zbadamy w taki oto sposób: czy łatwiej jest o oszustwo w rzeczach, które się bardzo różnią, czy w tych, które niewiele?

Fajdros: W tych, które niewiele.

Sokrates: W każdym razie, jeśli będziesz małymi krokami przechodził od jakiejś rzeczy do jej przeciwieństwa, to bardziej pozostaniesz w ukryciu, niż gdy dużymi.

Fajdros: Jakżeby nie.

Sokrates: Ten więc, kto chce oszukiwać innych i nie dać się oszukać samemu, powinien bardzo dokładnie poznać, czym jest podobieństwo i niepodobieństwo rzeczy.

Fajdros: Tak, koniecznie.

Sokrates: Czy zatem ten, kto nie zna prawdy o danej rzeczy, będzie w stanie rozpoznać małe lub duże podobieństwo rzeczy nieznanej do innych rzeczy?

Fajdros: To niemożliwe.

Znać się na rzeczy – oto dopiero wyróżnik prawdziwej sztuki retorycznej! Co więcej, do roboty zabiera się właśnie Sokrates biorąc na warsztat rozprawę Lizjasza. Wskazuje zresztą od razu podstawowy jej błąd – brak jasnego zdefiniowania przedmiotu mowy. Czy gdziekolwiek pada w niej definicja miłości? Nie znajdziemy takowej nigdzie, tak i trudno jednoznacznie na koniec ocenić czy mowa tym samym dobrą jest czy złą. Sokrates porównuje ją ze swoją przemową, gdzie definicję taką od razu podał. To zresztą dopiero pierwszy zarzut. Drugim jest fakt, iż trochę retor zaczął swą przemowę niejako od końca, przedstawiając niejako wnioski końcowe na samym początku 17.

Fajdros w tym momencie się buntuje twierdząc, że Sokrates kpi z tematu rozmowy, w czym zresztą ma rację. Platon jasno daje do zrozumienia, że czas przejść do bardziej poważnych tematów. Tutaj zresztą mamy miejsce, które wspominałem wcześniej – Sokrates machnięciem ręki zbywa całą treść swojej palinodii, bagatelizując jej wymowę. Przejść chce do dwóch aspektów, które za jedyne godne tutaj uwagi postrzega – umiejętność zdefiniowania rzeczy, ale też po zdefiniowaniu „rozcinać z powrotem na klasy według naturalnych członów, tnąc, nie niszczyć, jak zły krajczy, jakiejkolwiek jej części”18. Rzecz jasna nie tym się zajmuje Lizjasz, a raczej przynależy do roboty stricte filozoficznej. Rozkładanie na czynniki pierwsze, oglądanie z każdej strony wyjściowej definicji, próba pogodzenia rozproszonych części i ocena efektu – oto czym się powinna zajmować retoryka, aby móc nazywać ją sztuką. Że tak naprawdę opisujemy filozofię to już zupełny przypadek 😉

Następuje złośliwy nieco fragment, gdzie autor dialogu poprzez figurę Sokratesa daje prztyczka w nos największym retorycznym sławom swoich czasów. Znajomość bowiem samych sztuczek i tekne nie czyni jeszcze z nikogo ani lekarza, ani retora – moc taką ma dopiero sama znajomość „sztuki”. Na pytanie Fajdrosa jak tedy się owej sztuki nauczyć, Sokrates trochę stopuje zapędy swego rozmówcy. Jasno wskazuje, iż wrodzony talent z pewnością jest potrzebny19, choć rzecz jasna bez wysiłku i ciężkiej pracy nie za wiele z tego wyjdzie. „Zdolny, ale leniwy” – jakże w sumie ja to często za młodu o sobie słyszałem 😉

Ale porzućmy wspominki z młodości – Sokrates podając przykład Peryklesa, jako największego mówcy w historii posiłkuje się historią jego edukacji. To bowiem spotkanie Anaksagorasa, który wyuczył Peryklesa wszystkiego co wiedział o naturze i świecie jako takim sprawiło, że Perykles był w stanie widzieć rzecz o której mówił w kontekście większej całości. Dopiero wtedy możemy mówić o tym, że używał on „sztuki”, a nie jeno jarmarcznych tricków dla zabawienia gawiedzi. Ogląd całości to zresztą nie wszystko. Ważna jest również metoda – oddajmy głos Platonowi, gdy opisuje dokładniej jak dialektikos działa (270d-e):

Sokrates: Zobacz więc, co Hippokrates i co prawdziwy rozum mówią o naturze. Czy nie w takim sposób należy rozważać naturę jakiejkolwiek rzeczy: po pierwsze zbadać, czy przedmiot, w którym sami chcemy być ekspertami i być w stanie czynić takimi innych, jest prosty, czy wielopostaciowy; po drugie – jeśli okaże się prostym, wówczas należy się przyjrzeć, jaką ma naturalną zdolność oddziaływania na coś innego i jaką zdolność bycia przedmiotem oddziaływania przez coś innego? Jeśli natomiast miałby wiele postaci, to po ich wyliczeniu należy rozpatrywać każdą z nich w ten sam sposób jak postać pojedynczą: jaką ma naturalną zdolność oddziaływania na coś innego i jaką zdolność bycia przedmiotem oddziaływania przez coś innego?

Fajdros: Jest to możliwe, Sokratesie.

Sokrates: Bez tego w każdym razie nasza metoda mogłaby się wydawać jakby wędrówką ślepego. Nie należy jednak porównywać do ślepego lub głuchego takiego człowieka, który bada jakąkolwiek rzecz zgodnie z zasadami sztuki. Jasne jest natomiast, że jeśli ktoś naucza kogoś oratorstwa, stosując zasady sztuki, to pokaże on z całą dokładnością rzeczywistą naturę przedmiotu, do którego uczeń będzie odnosił swe mowy, a przedmiotem tym, jak przypuszczam, będzie dusza.

Fajdros: Z pewnością!

Wyszło szydło z worka. Sokrates wyraźnie zmierzał w tę stronę od dłuższego już czasu – naczelny trener duszy w Atenach nic innego za wartościowe uznać nie może jak wiedzę o duszy. I tutaj Sokrates (a tak naprawdę Platon zza węgła) atakuje najbardziej znanych retorów i nauczycieli. Może i zdają sobie sprawę z faktu, że to właśnie wiedza o duszy jest najbardziej w retoryce istotna, ale jakoś nie dzielą się tą informacją pisząc traktaty nauczające sztuki przemawiania. A przecież potrzebna jest znajomość tejże duszy, by wiedzieć kiedy, jak, co i w jaki sposób do konkretnej duszy przemówić. Bez tej wiedzy nie za bardzo się ćwiczenie w retoryce do czegokolwiek przyda.

Rzecz jasna to droga wymagająca poświęceń i wysiłku. Nic zatem dziwnego, iż większość retorów wybiera inną, łatwiejszą i szybszą. Sokrates znów cierpko się wypowiada o jemu współczesnych nauczycielach retoryki (choć to tak naprawdę Platona mocno widać z tyłu – i jego negatywny stosunek do sofistów) – większość bowiem mówców zatrzymuje się na poziomie „prawdopodobieństwa”. Nie jest istotna prawda w ich mowach, jeno by słowa tejże były prawdopodobne na tyle, aby słuchacze dali się im uwieść i porwać. Gorzko brzmią słowa naszego satyra (272e)

Sokrates: […] Jednym słowem: przemawiając trzeba gonić za prawdopodobieństwem i na zawsze pożegnać się z prawdą. Prawdopodobieństwo bowiem obecne w mowie od jej początku do końca jest istotą całej sztuki oratorskiej.

Fajdros zgadza się, że tegoż się przecież uczył u nauczycieli retoryki i tak to w powszechnym odbiorze wygląda. Aczkolwiek tutaj Sokrates nie powiedział jeszcze ostatniego słowa – gdzież bowiem w takim minorowym nastroju zakończyć swój wywód? By wzmocnić swoje zdanie nawiązuje do jednego z bardzo znanych nauczycieli i autorów podręczników dobrego przemawiania – Tejzjasza20) – cytując zresztą fragmenty jego autorstwa. Śmiech one raczej budzą i jest to zabieg celowy. Albowiem za chwilę Sokrates podsumuje cały swój wywód dotyczący retoryki i prawdy w bardzo podniosły sposób (273e – 274a):

Sokrates: […] jeśli ktoś nie potrafi uwzględnić natury charakterów swych przyszłych słuchaczy, ani podzielić według form [rodzajów] istniejących rzeczy, ani sprowadzić ich do jednej postaci, właściwej dla każdej rzeczy, to nigdy nie będzie mistrzem sztuki oratorskiej, jakim człowiek może się stać. Takiego zaś wyniku nie można osiągnąć bez ogromnego wysiłku. Rozsądny człowiek powinien jednak podejmować ten wysiłek nie ze względu na mówienie i postępowanie z ludźmi, ale aby umieć mówić to, co się bogom podoba, i postępować w miarę swych możliwości we wszystkim według ich upodobania. Człowiek kierujący się rozumem, Tejzjaszu, nie powinien bowiem – mówią to od nas mądrzejsi – zabiegać o to, by podobać się swym współtowarzyszom niewoli, chyba że tylko ubocznie, ale tym panom, którzy są sami szlachetni i ze szlachetnego rodu [bogom]. Nie dziw się więc, jeśli droga jest długa i pełna zakrętów. Ku rzeczom  wielkim trzeba taką krążyć drogą, nie tak, jak do tych, które ty masz na myśli. Jednakże będzie tak, jak mówi mowa: „jeśli ktoś zechce [kroczyć tą drogą], to również te rzeczy [to jest podobanie się ludziom] staną się najpiękniejsze jako rezultat tamtych [to jest podobania się bogom]”.

Zaprawa filozoficzna jest tedy potrzebna retorom po to, aby nakierowywać ludzkie dusze w stronę prawdy. Ta zaś, jest tym, co podoba się bogom – jakże tedy na czymś gorszym poprzestać? Pytanie retoryczne (jak i masło maślane 😉 ). Na tym kończy Sokrates swą wypowiedź dotyczącą retoryki. Nic więcej nie zostało do dodania.

O słowie pisanym na koniec

„Fajdros” znany jest jeszcze z jednej rzeczy, do której właśnie zabierze się nasz filozof – do słowa pisanego. W tym miejscu tylko zaznaczę, że obszar badań myśli Platona dotyczący tzw. nauk niepisanych jest tak szeroki, że ludzie z tego doktoraty i habilitacje robią. Cała tzw. szkoła tybingeńska czy myśl Pierre Hadot na tym się koncentrują. Zainteresowanych odsyłam do innych źródeł, a my wracajmy do tekstu. Sokrates rozpoczyna swoją wypowiedź dotyczącą słowa pisanego od przywołania pewnej historii. Znów bawimy się w mit – gdyż sam filozof jasno twierdzi – iż to, co mówi, tak naprawdę jest tym, co usłyszał od przodków21. Rzecz dotyczy wynalezienia pisma przez egipskie bóstwo Theutha (Thot), który pokazał swój wynalazek królowi Egiptu, którym był bóg Thamus (Amon). Ten jasno wyraził swoją opinię (275a):

Zrodzi ono bowiem [pismo – przyp. MP] zapomnienie w duszach tych, którzy się go nauczą, ponieważ zaprzestaną ćwiczyć swą pamięć: wierząc w pismo, będą bowiem sobie przypominali <<od zewnątrz>>, na podstawie obcych znaków, a nie <<od środka>>, dzięki samym sobie. Wynalazłeś więc lek nie na pamięć, lecz na przypominanie. Dostarczasz swym uczniom pozoru mądrości zamiast mądrości prawdziwej.

Rzecz nie tylko w treści, ale w przemianie podmiotu, który ową treść sobie przypomina. Zawczasu bowiem trzeba zapisaną mądrość posiąść/zrozumieć, zaś pismo powinno mieć charakter pomocniczy celem przypomnienia. Jeżeli zaś chodzi o samo zdobywanie wiedzy – tutaj słowo pisane musi polec na całym froncie. Sokrates rozwija ten wątek przyrównując pismo do obrazu – owszem – potrafi pięknie na nas oddziaływać, ale na pewno do nas nie przemówi. Nie odpowie na nasze wątpliwości czy pytania. Podobnie jak mowa, którą powierzymy pismu. Nie może się ona obronić przed zarzutami, nie wie, czy trafi do prostaczków czy mądrych. Jeno mowa zapisana w duszy miłośnika mądrości potrafi tego dokonać. Niejako nawiązując do swoich „zabaw” z poprzednich stron, Platon każde Sokratesowi jasno powiedzieć, że pismu powierza się rzeczy „dla zabawy”, a także celem pamiętania podczas gdyby autor dożył „bezpamiętnej startości”22.

Tymże właśnie powinien zajmować się filozof – pisaniem mów w duszach słuchaczy. Zaś ktoś, kto nie dba w pełni o prawdę czy też o dusze innych osób, a jeno o dzieło samo które tworzy – wówczas określmy go jasno jako poetę, pisarzem mów lub pisarzem prawd. Takie jasne rozdzielenie zasadniczo kończy tekst dialogu. Z takim to też przesłaniem wracają nasi rozmówcy do Aten. Platon kończy dialog inwokacją do bóstw, które stanowi też niejako podsumowujące credo każdego, kto pragnie zmierzać ku mądrości (279b-c):

Sokrates: umiłowany Panie i wy inni, wszyscy tu mieszkający bogowie! Dajcie mi, bym stał się piękny od wewnątrz, a wszystko, co mam na zewnątrz, niech w zgodzie będzie z tym, co w środku. Bogatym obym nazywał mądrego, a złota żebym miał tyle, ile ani nieść, ani ciągnąć nie byłby w stanie nikt inny, tylko ten, co „mądrą miarę ma w sobie”.

 

 

 

 

 

 

 


 

Wiersz #2 – „Treść i forma”

Ostatnio codziennie poczytuję sobie jeden utwór ze zbioru „Alchemia miłości. Wybór myśli sufickich”, który ukazał się dość dawno temu nakładem Wydawnictwa Barbello. Wiersze są tłumaczeniem z angielskiego, zatem można by zarzucić, iż są to tłumaczenia z tłumaczenia. Aczkolwiek przyznam szczerze – czasem potrafią one przepięknie przemówić. Jak choćby dzisiejszy utwór, który postanowiłem się podzielić. „Treść i forma” autorstwa Sana’i


Zgubiliśmy treść

i wielbimy łupinę.

 

Lecz któż chciałby skorupę,

nie próbując orzecha?

 

Uwiedzeni przez formę

nie żyjemy naprawdę.

 

Kiedy treść odzyskamy,

życie znów w nas popłynie.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén